30 listopada 2014
Setlista 30.11.2014 r.
W niedzielę 30 listopada podczas specjalnej urodzinowej ramówki z okazji 45-lecia Radia Egida odbyło się nowe wydanie audycji "Niebieska Godzina". Audycja w latach 2008-2010 prezentowała różne odcienie krajowej i zagranicznej muzyki alternatywnej raczej rzadko goszczącej w radiowym eterze. Podczas jednorazowej reaktywacji zagrano:
14-15
1. Anna Domino - Rhytm ("Dreamback, The Best of")
2. Anna Domino - Take That ("Dreamback, The Best of")
3. Jessie Ware - Want Your Feeling ("Though Love", 2014)
4. Swans - A Little God in my Hands ("To be Kind", 2014)
5. Sophia - It's Easy to be Lonely (2014)
6. Beck - Heart is a Drum ("Morning Phase", 2014)
7. St. Vincent - Bring me your loves ("St. Vincent", 2014)
8. Flunk - Queen of the Underground ("Lost Causes", 2013)
9. I Break Horses - You Burn ("Chiaroscuro", 2014)
10. BYRTA - Loyndarmál ("Byrta", 2013)
15-16
11. The Raveonettes - Killer in the Streets ("Pe'ahi", 2014)
12. Sjón - Pessymistic ("Human Suffer Defeated", 2014)
13. L.A.S. - Opada mgła feat. Ania Brachaczek ("Szum", 2014)
14. Adre'N'Alin - Spring Coat ("Surface Tensions", 2014)
15. Julia Marcell - Cincina ("Sentiments", 2014)
16. Pustki - Po omacku ("Safari", 2014)
17. The Notwist - Lineri ("Close to the Glass", 2014)
18. Morrissey - One of our Own ("World Peace is None of Your Business, 2014)
19. Sharon Van Etten - Every Time the Sun Comes Up ("Are We There", 2014)
Wpisał: Sławomir Kruk
15 października 2014
Recenzja: Artur Rojek - Składam się z ciągłych powtórzeń
To niesłychane, że po tylu latach działalności w projektach wszelakich, Artur Rojek ostatecznie nagrał album solowy. Piosenki jednak nie powstały z dnia na dzień (przynajmniej nie wszystkie). "Lato 76" w bardzo pięknej, akustycznej wersji można było usłyszeć swego czasu live w radiowej Trójce.
Artur Rojek wydał na pewno najbardziej eklektyczny album, jeżeli porównać jego wcześniejsze dzieła, wespół z kolegami z Myslovitz. Gitary i elektronika podzielone są tutaj sprawiedliwie i uzupełniają się wzajemnie w każdym utworze. Nie ma jednak klasycznego rocka, kojarzonego z Myslovitz, jest więcej elektropopu, ballady, a nawet pop "barokowy" ("Czas, który pozostał").
Mocno w pamięć zapadają ekstrawertyczne teskty, odważne, jak nigdy dotąd. Brzmi to tak, jakby Rojek na jednym albumie postanowił wykrzyczeć to, czego wykrzyczeć nie mógł z Myslovitz. Jest o przemocy domowej, o otarciu się o śmierć, o skomplikowanych relacjach osobistych. Rojek śpiewa nawet o swoim synu, Franciszku. Najmocniej z tego grona wypada "Beksa" z wersami: "...zawinięty w środek, z cieniem wokół powiek, strach rozpycha zaciśnięte dłonie. Podobno gdy umierasz, lecisz sobie lecisz...Czego chciałaś mamo, tego już nie zmienisz, wszystko się już stało". Bardzo obrazowa wizja dziecka dotkniętego przemocą i niechcianego. Teskty te jednak, jak sam artysta wspominał, nie są autobiografią samego Rojka (oprócz "Lato 76"), chociaż zapewne dotyczą wydarzeń, które faktycznie miały miejsce.
Muzycznie jest, jak wspomniałem dosyć różnorodnie. Minimalistyczne, ściszone gitary dają więcej przestrzeni gitarze basowej i bardzo wyrazistemu pianinu. Dobrze słychać to w "Beksie" i "Syrenach". Znakomicie brzmi "Czas, który pozostał", w którym barokowy klawesyn przyłowuje kultowe brzmienia z "Białego Albumu" Beatlesów. Stęsknieni za Myslovitz mogą odnaleźć echa Skalarów, Mieczyków i Neonków w pieśni "Kot i Pelikan". Jeden z najlepszych kawałków to "Lekkość", tutaj osobny Fryderyk należy się za partię gitary basowej (brawa dla Bartosza Dziedzica), a linia wokalna tak doskonale współpracuje z basem, że wszystko zlewa się w idealną całość. Do tego ten samobójczy tekst...Aż chciałoby się nauczyć gry na basie.
Bardzo duże brawa dla Artura Rojka za odwagę. Artysta niesamowicie otworzył się tekstowo i ujawnił nieco inne oblicze swojej twórczości, zrzucając z barku brzemienia poprzednich wcieleń. Nie jest to rzecz może i lekkostrawna, ale jest w tym wszystkim pewna wysublimowana delikatność. Jeszcze chyba nie słyszałem u muzyka tak poetyckiego opisu samobójstwa ("Lekkość"), że aż sprawia to "przyjemność".
Ocena: 7/10
Zagrali i zaśpiewali:
Artur Rojek – wokal, gitara
Bartosz Dziedzic – bas, klawisze, perkusja, wokal
Lesław Matecki – klawisze
Katarzyna Piszek – klawisze, wokal
Marcin Ułanowski – perkusja
Barbara Sobolewska – wokal
Stanisław Szczyciński – wokal
Posluchaj:
Marcin Bareła
28 sierpnia 2014
Recenzja: Damon Albarn - Everyday Robots
Jeśli Kate Bush jest największą współczesną kompozytorką muzyki popularnej, tak Damon Albarn może być jej męskim odpowiednikiem. Człowiek, który z Blur zmienił oblicze brytyjskiego rocka, ani nie myśli o muzycznej emeryturze, a kolejne płyty krytycy muzyczni już przestali liczyć. Muzyk starzeje się z klasą i tworzy niezmiennie dobre piosenki. Tak samo jest na najnowszym i – co ciekawe – pierwszym solowym albumie Damona Albarna – „Everyday Robots”.
Ileż to już było płyt i projektów – od Blur, przez Gorillaz, The Good The Bad and The Queen, Mali Music, aż po własny solowy projekt. Muzyk stworzył już całą paletę dźwięków i teraz możemy rozkoszować się jego najbardziej minimalistycznym chyba dziełem. Płyta nagrana na gitarę akustyczną i pianino, wyprodukowana przez Richarda Russela, szefa wytwórni XL to album konceptualny, opowiadający z jednej strony skrawki z życia Albarna, z drugiej zagubienie we współczesnym, coraz bardziej zinformatyzowanym i postępowym technologicznie świecie. Dzieło najbardziej osobiste, retrospektywne w karierze muzyka. I melancholijne.
Albarn jest mistrzem obserwacji. Nie stoi w piosenkach z boku, tylko pyta. Już w pierwszej piosence „Everyday Robots” autor zastanawia się nad stanem współczesnego człowieka. „We are everyday robots... Looking like standing stones...till you press restart...” Nasze życie jest podporządkowane pewnym czynnościom, robimy ciągle to samo, jesteśmy jak roboty. Niby proste, ale jest w tym większa głębia. Nie znajdujemy czasu na realizowanie pasji, żyjemy nudno, w monotonii i samotności. Nie mamy pomysłu na życie. Świetnie opisuje to piosenka „Lonely Press Play”: telewizja zastępuje nam prawdziwe życie. Jeszcze bardziej osobiste są kolejne utwory: „You and Me” opowiada o dawnych problemach alkoholowo – narkotykowych Albarna i ich konsekwencjach, „Hollow Ponds” to wspomnienia kilku istotnych wydarzeń dla muzyka – wielkiej suszy w roku 1976, czy okoliczności wydania albumu „Modern Life is Rubbish” w roku 1993. Trochę w stylu „Nightswimming” R.E.M.
Pocieszająco w tym towarzystwie wypada pieśń „Mr Tembo” dedykowana... małemu słoniowi, którego muzyk spotkał w pewnym zoo w Mkomazi, w Tanzanii. Damon Albarn tak opowiadał w wywiadzie dla Rolling Stona: „Piosenkę nagrałem na telefon i zaprezentowałem Richardowi, a on stwierdził, że warto ją nagrać...Zaśpiewałem ją temu słoniowi, bo był taki słodki...” Na pytania, jak słoniątko zareagowało Albarn odpowiada: „Szczerze, gdy zaśpiewałem, słoń się zesrał. A ponieważ karmiony był mlekiem, była to biała kupa małego słoniątka, jeśli możesz to sobie wyobrazić. Zobaczyć to z bliska to naprawdę coś...”
Żarty żartami, ale album jest najbardziej chyba poważnym zbiorem muzyki do przemyśleń w karierze Damona Albarna. Muzycznie jest bardzo minimalistycznie, co nie znaczy że nie ma smaczków w postaci chóru gospel Leytonstone City Mission Choir, gościnnie Natashy Khan, czy samego Briana Eno. Pojawiają się okazjonalnie smyczki i trąbka. Całość dopieszcza bitami i samplami Richard Russel. Płyta, która nie przynosi przebojów (może za wyjątkiem „Mr Tembo”), ale jest bardzo równa muzycznie i niezwykle uzupełniająca się lirycznie. Albarn po raz kolejny pokazuje klasę.
Ocena: 8/10
Wysłuchał: Marcin Bareła
17 sierpnia 2014
Recenzja: Coldplay - Ghost Stories
Po latach muzycznych poszukiwań, płyt lepszych i nieco słabszych, Coldplay wraca do korzeni. Pompatyczne płyty "Viva La Vida" i "Mylo Xyloto" już są historią. Dziś, słysząc "Ghost Stories" wydaje mi się, jakbym przeniósł się w czasie i słyszał ponowny debiut zespołu.
To jedna z tych płyt, które chwytają od razu. Piosenki ładne, wpadające w ucho i delikatne. Nieprzeszkadzające, ale nie niewymagające. Posłuchajcie "Midnight" - ambientowy pejzaż usiany dźwiękami harpy laserowej, czyli lasera pod kontrolą syntezatora. Brzmi, jak świeże odkrycie japońskich naukowców, tymczasem harpy laserowej używał już Jean-Michel Jarre w latach 80. W "Midnight" słychać także głos Chrisa Martina przepuszczony przez vocoder, czyli takiego "zniekształcacza" dźwięku, który wygląda jak mały keyboard. To najlepszy utwór na płycie, chociaż pełne zasługi należą się Jonowi Hopkinsowi, w którego głowie ciągle gotują się podobne, minimalistyczne perełki.
Jeszcze nie było tak równego albumu Coldplay. Od początku do końca. Nawet "Parachutes" był to bardziej gitarowy, to bardziej pianinowy. Tutaj dominują delikatne klawisze, mglisty i senny głos Martina i popowy klimat. Pop na poziomie, choć czasem balansuje na granicy, bo chłopaki często ocierają się w twórczości wręcz o kicz. Są jednak smaczki: w bardzo z pozoru banalnej "Another's Arms" mamy piękne damskie chórki, a w "True Love" jedyną chyba na całej płycie solówkę gitarową.
"Oceans" podsumowuje to co pisałem - Coldplay wracający do korzeni i kopia trochę piosenki "We Never Change". No i jest "A Sky Full Of Stars" i trochę miszmasz popu, techno i ballady, ale nic dziwnego, bo rękę przyłożył tutaj Tim Bergling, Szwed kojarzony z nurtem EDM (electronic dance music). To jedyny most, którym można przejść do krainy "Mylo Xyloto" czy "Viva La Vida". No i jest na koniec absolutny majstersztyk. "O" to przepiękna ballada, która przekonuje mnie, że Chris Martin pisze przeciętne piosenki, ale jest - jak chce - geniuszem subtelnej ballady. Porażający smutek i piękno. Warto dotrwać do końca utworu, by usłyszeć tzw. reprise - ponad minutowa perełka z udziałem dzieciaków Chrisa - Apple i Nappies. Ta krótka mara jest idealnym podsumowaniem subtelności, ulotności i smutku, który płycie towarzyszy. Smutku nieprzypadkowego. W tym roku Chris Martin i Gwyneth Paltrow ogłosili separację.
Polecam, mimo że nie jest to na pewno wybitny album. Coldplay zrezygnowali ze stadionowego rozmachu, stworzyli album minimalistyczny na miarę The XX, czy Bon Iver. Ciekawe, co będzie dalej...
Ocena:7/10
Wysłuchał: Marcin Bareła
3 sierpnia 2014
Pustki - Safari
Jestem fanem Pustek od dobrych kilku lat. Pamiętam pierwsze dźwięki z mojej "pierwszej" ich płyty "Do mi no" i zachwyt nad - wtedy jeszcze dosyć prostymi- piosenkami, a także pamiętny wywiad dla Radia Egida (dla którego się udzielałem), w którym muzycy nie tylko chętnie odpowiadali na nieskończoną listę pytań wścibskiego prezentera, ale także wykazali się życzliwością i spontanicznością. Od tego czasu śledziłem poczynania Pustek i z niecierpliwością czekałem na nowy materiał. Tak oto doczekałem ich kolejnej płyty - "Safari". Fakt: tak interesująco jeszcze chyba nie było.
"Safari" to mylny tytuł, nie będziecie tutaj odczuwać lekkości odbioru jak od The Drums. Płyta jest bowiem zdecydowanie melancholijna i w odbiorze trudna. Owszem, pierwsze dźwięki w postaci przebojowych piosenek "Się wydawało" i "Wyjeżdżam!" kojarzą się ze słońcem, ale wraz z "Tyle z życia" słońce zachodzi za chmury. Jest dużo melancholii, żywcem wziętej z lat 80., jak w "Pokoju", a melodię "Po omacku" mogliby sobie wpisać w repertuar wiecznie melancholijni Chłopcy z Placu Broni (istotnie, melodia przypomina przebój "Kocham cię"). Jest także "Wampir", dający do zrozumienia, że zespół zna i lubi album "The Good The Bad and The Queen". Jeżeli chodzi o teksty, także mamy poważne i refleksyjne przekazy, głównie o relacjach osobistych i przemijaniu, ale są to teksty przepiękne, a słowa do utworu "Po omacku" to jeden z najpiękniejszych liryk usłyszanych w moim życiu. Tekstowo przejmujący jest "Rudy łysek", którego słowa przenoszą w okres, kiedy zespół, jak to dawno dawno temu stwierdziła Basia Wrońska "nie miał na czynsz". Muzycznie zespół jest coraz ciekawszy, wplatając nowe instrumenty do repertuaru (wenezuelski cuatro czy chiński litofon), oraz jeszcze bardziej bawiąc się dźwiękiem, jak nigdy eksperymentując z elektroniką. Jeszcze ciekawostka - zespół, który nie ma basisty (Szymon Tarkowski rozstał się z Pustkami), nagrywa najbardziej basowy album w dorobku... Słuchając "Wyjeżdżam!" wydaje się, że na basie gra sam Flea z Red Hot Chili Peppers!
Nie ma się co rozpisywać, tylko zachęcić, kto jeszcze nie posiada by przespacerował się w piękny dzionek do sklepu, zakupić nowy album Pustek. Zespół ciągle promuje muzyczną Polskę na całym świecie i dziś gdybym sam był na wakacjach (albo Wyjeżdżał!) i zapytano by mnie, "który polski zespół polecasz", wymienił bym na pewno Pustki.
Ocena: 9/10
Wysłuchał Marcin Bareła
14 lipca 2014
Usłyszane: Badly Drawn Boy - The Hour of Bewilderbeast
Od dziś, jako nowy cykl, rozpoczynamy publikacje płyt, które ostatnio usłyszeliśmy w kolejności zupełnie przypadkowej. A ponieważ tych płyt już nieco się nazbierało, pora na pierwszą z nich.
Przedstawiam gościa, który nazywa się Damon Michael Gough, a tworzy pod oryginalną ksywą Badly Drawn Boy (źle narysowany chłopiec). Nazwę artysta wziął od telewizyjnego show Sam and his Magic Ball, a sam, zanim zajął się muzyką, tworzył okolicznościowe kartki z kolażami i rysunkami swego kuzyna.
Zajmiemy się pierwszą płytą BDB, The Hour of Bewilderbeast z roku 2000. Płytę kupiłem w ciemno, nie znając wcześniej kompletnie wykonawcy. Spodobał mi się kolaż na okładce:
A zawartość: niezwykle eklektyczna. Gough jest niezwykle uzdolniony, gra na większości instrumentów, jedynie zostawiając smyczki i dęciaki reszcie. Trudno naprawdę opisać, co słyszymy na albumie, bo jest dużo ogniskowego folku, są przepiękne ballady, ale jest też dużo postgrunge'u, a nawet szczypta hip-hopu! Przyznam szczerze, że gdyby Gough pozbył się kilku męczących utworów z obozu Nirvany, jak "Everybody's Stalking", czy "Another Pearl", byłoby znacznie równiej i nie trzeba by było przerzucać słabych kawałków. A tak jest aż 18 piosenek na albumie dobrym, który okrojony do 12 utworów byłby naprawdę genialny. Bo pierwsza połówka jest (bez wspomnianych wyżej kawałków) po prostu porywająca, aż do przepięknej ballady "Magic in the Air", gdzie następuje rozluźnienie i poziom z wybitnego spada do dobrego, a nawet przeciętnego. Stylistyka, jak wspomniałem, głównie folkowa, z domieszką mocniejszych brzmień pokroju Nirvany i Pearl Jam, ale jest też dużo harfy i rzadko używanej w muzyce popularnej waltorni, czyli coś co wygląda i brzmi jak poskręcana trąbka.
Płyta jest bardzo odważna, przygodowa i w przeważającej części nie można się nudzić, choć powinna być krótsza, bo zamiast niedosytu zostawia przesyt. Jak na artystę, który na koncertach obraża publiczność, potrafi przerwać koncert twierdząc, że jest znudzony, albo rzuca w widownię instrumentami to jest to naprawdę przystępna dla ucha "miła" porcja muzyki. Warto.
Wysłuchał: Marcin Bareła
Przedstawiam gościa, który nazywa się Damon Michael Gough, a tworzy pod oryginalną ksywą Badly Drawn Boy (źle narysowany chłopiec). Nazwę artysta wziął od telewizyjnego show Sam and his Magic Ball, a sam, zanim zajął się muzyką, tworzył okolicznościowe kartki z kolażami i rysunkami swego kuzyna.
Zajmiemy się pierwszą płytą BDB, The Hour of Bewilderbeast z roku 2000. Płytę kupiłem w ciemno, nie znając wcześniej kompletnie wykonawcy. Spodobał mi się kolaż na okładce:
A zawartość: niezwykle eklektyczna. Gough jest niezwykle uzdolniony, gra na większości instrumentów, jedynie zostawiając smyczki i dęciaki reszcie. Trudno naprawdę opisać, co słyszymy na albumie, bo jest dużo ogniskowego folku, są przepiękne ballady, ale jest też dużo postgrunge'u, a nawet szczypta hip-hopu! Przyznam szczerze, że gdyby Gough pozbył się kilku męczących utworów z obozu Nirvany, jak "Everybody's Stalking", czy "Another Pearl", byłoby znacznie równiej i nie trzeba by było przerzucać słabych kawałków. A tak jest aż 18 piosenek na albumie dobrym, który okrojony do 12 utworów byłby naprawdę genialny. Bo pierwsza połówka jest (bez wspomnianych wyżej kawałków) po prostu porywająca, aż do przepięknej ballady "Magic in the Air", gdzie następuje rozluźnienie i poziom z wybitnego spada do dobrego, a nawet przeciętnego. Stylistyka, jak wspomniałem, głównie folkowa, z domieszką mocniejszych brzmień pokroju Nirvany i Pearl Jam, ale jest też dużo harfy i rzadko używanej w muzyce popularnej waltorni, czyli coś co wygląda i brzmi jak poskręcana trąbka.
Płyta jest bardzo odważna, przygodowa i w przeważającej części nie można się nudzić, choć powinna być krótsza, bo zamiast niedosytu zostawia przesyt. Jak na artystę, który na koncertach obraża publiczność, potrafi przerwać koncert twierdząc, że jest znudzony, albo rzuca w widownię instrumentami to jest to naprawdę przystępna dla ucha "miła" porcja muzyki. Warto.
Wysłuchał: Marcin Bareła
5 marca 2014
Tomek Makowiecki - wywiad
Przedstawiam obiecany wywiad z Tomkiem Makowieckim, w ramach postscriptum do relacji z koncertu w Teatrze Małym w Tychach, 20 lutego. Dowiecie się między innymi: o jakim instrumencie marzy Tomek, w którym regionie świata płyta "Moizm" będzie promowana, oraz kto szedł do sklepu w trakcie dwutygodniowego pobytu zespołu na Kaszubach. Miłej lektury!
Marcin Bareła: Czy muzyka „Moizmu” to jest to brzmienie, którego szukałeś?
Tomasz Makowiecki: Szczerze mówiąc, jeszcze tego nie wiem. Ja się czuję, jakbym był cały czas w drodze. Na pewno jest to brzmienie, które jest dla mnie pełne na ten czas, i zapewne jak będę następne rzeczy robił, to poniekąd będę korzystał z tego, co mi się udało uzyskać. Jestem człowiekiem, który cały czas poszukuje i mam nadzieję, że będę długo poszukiwał.
- „Moizm” to muzyka eklektyczna, ale czy dobrym słowem – spójnikiem jest ambient?
T.M.: Trudno mi klasyfikować rzeczy, które sam robię. Nigdy tez nie byłem fanem klasyfikowania, bo jest to bardzo szerokie pojęcie. Ale w zasadzie tak, jest na tej płycie dużo przestrzeni, dużo czasu, więc można by ją nazwać ambientową, chociaż na koncertach jest dużo bardziej energetycznie.
- Część materiału powstawała między innymi w drewnianej chatce na Kaszubach.
T.M.: Tak, mieliśmy dwutygodniowy wyjazd na Kaszuby. W czwórkę zapakowaliśmy się do busa, wzięliśmy sprzęt, instrumenty i tam improwizowaliśmy. Była to i przygoda i potrzeba spędzenia ze sobą czasu. Był to taki typowo męski wyjazd i bardzo go miło wspominam, a zorganizowaliśmy ten wyjazd z tego względu, że mieliśmy przerwę w graniu ze sobą. To są chłopaki, których znam od wielu lat, gram z nimi nadal, choć wcześniej nasze drogi się na moment rozeszły. Ja się zaangażowałem w swoje projekty, chłopaki grali z Marią Peszek, i przyszedł taki czas, że zdzwoniliśmy się i stwierdziliśmy, że musimy znowu coś razem zrobić. Stąd ten wyjazd, który był fantastycznym czasem, bo wytworzyła się swoista chemia, gdyż oprócz tego że muzycznie wszystko poszło w fajną stronę, to zintegrowaliśmy się ze sobą. W naszym przypadku pięciu chłopa, na wyjeździe trzeba coś zjeść, pójść do sklepu i tak dalej i okazało się, że jesteśmy bardzo zgraną paczką. Pierwszy wstawał Olek Świerkot, szedł biegać, wracał ze sklepu ze śniadaniem, potem wstawałem ja i przygotowywałem to śniadanie. Ostatni zmywał. Więc taka sztafeta, tylko bez podziałów i ustaleń, wyniknęło to naturalnie. Ten wyjazd dużo nam dał, pozwolił wrócić do siebie. I to procentuje, bo na scenie mamy do siebie pełne zaufanie i to jest bardzo istotne.
- Na płycie słychać wpływy przyrody . Rozumiem, że między lasem i betonem wybierasz las?
T.M.: Oczywiście zdecydowanie wybieram las, ale to jest zabawne, bo czasem po koncercie o 1 w nocy pada pytanie: jesteś las czy beton? Odpowiadam beton (śmiech).
- Odszedłeś od gitar na rzecz instrumentów klawiszowych, podobno marzy Ci się fortepian. Czy będziesz dalej się wgłębiał w klawiszowy świat i będziesz to pokazywał na płytach?
T.M.: Fortepian w domu jest moim marzeniem. Choć na płycie faktycznie zacząłem bawić się syntezatorami różnej maści, zazwyczaj starymi analogami. Zaczęło mnie kręcić to, że możesz swoje brzmienia kreować, i to w niezliczonej ilości. W zasadzie to nie jest tak, że uciekamy od gitar. W wersjach live tych gitar jest trochę więcej i będziemy je wykorzystywać, natomiast bazowo zostaniemy przy klawiszach. Niemniej jednak będziemy nadal eksperymentować z instrumentami. Często chodzę z dyktafonem, tak jak ty i nagrywam dźwięki z zewnątrz, które potem wrzucamy w sampler…
- Na przykład świerszcze, rozumiem że nagrałeś je na Kaszubach?
T.M.: Akurat świerszcze pod domem w Sopocie.
- Czyli wszystko może się przydać do utworu.
T.M.: Tak, ale na płycie jest więcej takich niespodzianek, czasem trzeba kilkukrotnie przesłuchać, żeby odkryć, że się tam dzieje coś ciekawego, czy niepokojącego. Mieliśmy takie momenty, podczas nagrań, gdy nagrywaliśmy bębny, przeszkadzajki do płyty, wtedy Kuba brał ipoda ze słuchawkami, puszczał podkład, a ja go wysyłałem w pole z bębnem z dwoma mikrofonami na takich 60 metrowych kablach. Więc nagrywaliśmy o 5 rano jakieś bębny w polu w przestrzeniach, których się nie da uzyskać w normalnych warunkach i naprawdę bawiliśmy się tym.
- Lata 80. Czy jesteś zafascynowany muzyką tych lat, czy instrumentami tych lat? Bo masz instrumenty, które pochodzą z tego okresu?
T.M.: Chyba instrumentami, chociaż jest coś takiego, że jak siadam do tych instrumentów i zaczynam się bawić brzmieniem, to zaczynają mi się przypominać różne rzeczy które znam, które pamiętam i darzę sentymentem. Natomiast ta płyta („Moizm”, przyp. aut.) nie jest z lat 80. To jest płyta, która tylko brzmieniowo może nawiązywać do tego okresu, natomiast to jest zbyt duży miszmasz, by tak określić całość.
- Chcecie wydać „Moizm” za granicą. Jak wygląda ten proces i na czym polega?
T.M.: Tak samo, jak proces wydawania płyty w Polsce. Zwyczajnie mam listę adresową wydawnictw i staramy się działać, żeby do nich dotrzeć. Z tym że nie są to duże wytwornie, tylko mniejsze, które mają pokrewny katalog muzyczny.
- To są zaprzyjaźnione wytwórnie, czy wytwórnie, których sami szukacie?
T.M.: Wytwórnie których szukamy, na przeróżne sposoby. Często z polecenia zespołów, które już te płyty wydają, np. w Niemczech. Akurat, jeżeli chodzi o azjatycki rynek, np. Japonię, ja miałem okazję tam być i grać, więc tam mam już trochę szlaki przetarte. Jest to co prawda hermetyczny, ale bardzo duży rynek.
- Myślę, że w Skandynawii takie klimaty mogły by się spodobać.
T.M.: Skandynawia, ale też Francja. Ja jestem fanem muzyki francuskiej i myślę, że ta płyta ma w sobie taki frencz touch, sam słyszałem takie opinie, że faktycznie jest trochę inspiracji muzyką francuską na tej płycie, co mnie bardzo cieszy.
- Co z grupą No! No! No!, którą współtworzyłeś?
T.M.: Obecnie i Przemek Myszor z Wojtkiem Powagą, i ja jesteśmy mocno zaangażowani w swoje projekty. Oni w Myslovitz, ja z kolei w swoją płytę. Chyba musi przyjść taki moment, że po prostu spotkamy sie, zatęsknimy za sobą i stwierdzimy: pociągnijmy ten temat.
-Może kolejne spotkanie w chacie na Kaszubach?
T.M.: Z chłopakami akurat prędzej w górach (śmiech)
- Najbliższe Twoje plany?
T.M.: Przede wszystkim koncerty po Polsce, latem zaczynają się festiwale, na których mam nadzieję będziemy mieli przyjemność zagrać. Powoli zaczynam zastanawiać się nad kolejnym wydawnictwem. I myślę, że w marcu możemy zacząć coś zrobić pod tym kątem.
- Czego należy życzyć Tomaszowi Makowieckiemu na najbliższy czas?
T.M.: Dużo energii, kreatywności i spokoju.
- Właśnie tego życzymy, dziękuję za rozmowę!
Rozmawiał: Marcin Bareła
Subskrybuj:
Posty (Atom)






