9 listopada 2016

Julia Holter, Muza Sosnowiec 8.11.2016



Jubileuszowa XXV edycja festiwalu Ars Cameralis pod względem programu i formuły stanowi potwierdzenie dotychczasowej marki i interdyscyplinarnego charakteru imprezy. Mnie od dawna przyciągały na festiwal przede wszystkim starannie wybrane koncerty. To tutaj np. dwukrotnie zachwyciłem się występami duńskiego Efterklang, rozmarzyłem przy Tindersticks, Vashti Bunyan i I Am Kloot oraz poczułem na własnej skórze dźwięki amerykańskiego pogranicza za sprawą fenomenalnego koncertu Calexico. Generalnie mógłbym tak jeszcze wymieniać dosyć długo, a jestem święcie przekonany, że tegoroczny program przyniesie także wiele emocji i wrażeń, które będą wspominane po latach. Pierwszy argument mamy zresztą za sobą.

Festiwal Ars Cameralis wyróżniają starannie wybrane lokalizacje koncertów. Występ Julii Holter odbył się w nieco zapomnianej sali koncertowej Muza w Sosnowcu, która odzyskuje dawny blask po niedawnym remoncie. To miejsce dotychczas kojarzyło mi się głównie z salą kinową prężnie działającą w czasach mojego dzieciństwa. To tutaj w czasie ferii zimowych spędzanych u babci zdarzało mi się czasem wpadać do kina. A teraz po latach wróciłem na koncert wschodzącej gwiazdy amerykańskiej alternatywy. Julia Holter, choć jeszcze nie zyskała szerokiej grupy fanów jest artystką niezwykle cenioną w branży muzycznej i od krytyków muzycznych od samego początku może liczyć na zauważenie w podsumowaniach roku. Jej ubiegłoroczny album "Have you in my Wilderness" okazał się zasłużenie największym sukcesem w karierze i potwierdził, że Holter ma także spory talent do pisania przebojowych piosenek (Everytime Boots, Sea Calls Me Home).

Amerykańska artystka w udzielonych przed festiwalem wywiadach zapowiadała, że możemy spodziewać się przekrojowego setu zawierającego nagrania z jej wszystkich płyt i to się rzeczywiście potwierdziło. Swój krótki, zaledwie 70-minutowy występ rozpoczęła od "So Lillies" z debiutanckiego krążka "Tragedy" (2011). A potem były także wybrane kompozycje z trzech pozostałych albumów z oczywistą przewagą ostatniej płyty. Z mojej ulubionej "Ekstasis" (2012) zaprezentowała jedynie "Fur Felix" oraz "In the Same Room". Piosenki Julii Holter prezentowane na żywo za sprawą mocno rozbudowanego instrumentarium (zestawy klawiszowe, kontrabas, saksofon, skrzypce, perkusja, a nawet dudy (?)) tworzą niezwykle organiczną całość. Przy czym nie ma tu za bardzo miejsca na szalone improwizacje poszczególnych muzyków. Bowiem najważniejszym instrumentem w tym zestawie pozostaje mocny, przejmujący głos Holter, który moim zdaniem najlepiej wypadł w tych dłuższych, bardziej rozbudowanych strukturalnie kompozycjach typu "Betsy on the Roof" oraz "Vasquez".

Był to mój drugi koncert Julii Holter w przeciągu trzech lat. Poprzednim razem widziałem ją w warunkach festiwalowych na katowickim Off Festival-u, gdzie w 2013 roku prezentowała głównie materiał z drugiej płyty. W porównaniu z tamtym namiotowym występem było widać znacznie większy luz w jej poczynaniach na scenie. I pewnie to nie tylko sprawka powoli sączonej lampki wina, ale przede wszystkim sporego obycia i doświadczenia scenicznego. Julia potrafiła wzbudzić aplauz publiczności już samym niekontrolowanym wydaniem dźwięku tuż przed rozpoczęciem kolejnego utworu. W jednej z krótkich przerw po szeptanej podpowiedzi saksofonisty podziękowała za ciepłe przyjęcie po polsku oraz wspomniała, że jej pierwszy koncert poza USA odbył się właśnie w naszym kraju (Warszawa) i zawsze jest tu bardzo ciepło przyjmowana. Trudno się dziwić, że Polska pokochała Julię, bo dziewczyna ma spory dar do budowania nastroju podczas swoich występów. Do czego z pewnością przyczynił się także siedziany układ sali w Sosnowcu. Jednocześnie Holter pozostawia słuchacza ze sporym niedosytem ze względu na dość krótką setlistę, która nie jest w stanie nasycić wytrawnego odbiorcę. Tym zabiegiem sprawia, że od razu ma się ochotę planować kolejny wyjazd, aby zaspokoić głód muzycznych uniesień. A mam szczerą nadzieję, że takie okazje się pojawią w ciągu najbliższego roku, bądź lat.

Przy okazji warto wspomnieć, że sporym atutem tak kameralnych koncertów jak ten wczorajszy jest możliwość nawiązania bezpośredniego kontaktu z artystą. Julia Holter kilkanaście minut po zakończeniu występu wyszła do fanów. Bardzo chętnie rozdawała autografy, podpisywała płyty i pozowała do wspólnych zdjęć.





Tekst i zdjęcia: Sławomir Kruk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz