26 czerwca 2017

Reni Jusis - Kontenery Kultury Park Śląski 24.06.2017



Do Parku Śląskiego powróciły po raz kolejny Kontenery Kultury z bardzo ciekawym zestawem koncertów. Tego lata na wyspie na Kanale Regatowym usłyszymy m.in. Domowe Melodie, Paulinę Przybysz, Buslava, Piotra Ziołę, Coals i wielu innych. Podczas pierwszego koncertu tydzień temu zagrała grupa Fair Weather Friends, ale nie miała szczęścia do pogody. Dla Reni Jusis i licznie zgromadzonej w Parku Śląskim publiczności aura okazała się znacznie łaskawsza. Jej występ odbywał w komfortowych warunkach do słuchania muzyki.

Reni Jusis od ubiegłego roku intensywnie promuje swój siódmy album studyjny "Bang" stanowiący jej powrót do brzmień elektronicznych. Za sprawą przebojowych melodii i połamanych beatów skomponowanych przez Stendeka, M. Bunio.S (Dick4Dick) oraz Jakuba Karasia (The Dumplings) rozgrzała już niejeden parkiet. W Parku Śląskim było podobnie, choć impreza rozkręciła się na dobrą sprawę dopiero w trzech - czterech ostatnich numerach. Krótki, bo zaledwie godzinny występ artystki zdominował repertuar z "Bang". Jusis rozpoczęła od otwierającego płytę utworu "Zostaw wiadomość" i praktycznie potem zagrała cały album z pominięciem jedynie melorecytowanego "Biletu wstępu". Innych utworów spoza tej płyty było bardzo niewiele. Usłyszeliśmy jedynie "Kiedyś Cię znajdę" i "Ostatni raz (Nim zniknę)" z "Trans misji" (2003) oraz "Jakby przez sen (Nigdy ciebie nie zapomnę)" z "Elektreniki" (2001).



Reni Jusis ubranej w letnią sukienkę w kolorowe pasy towarzyszyli na scenie Stendek obsługujący zestawy klawiszowe oraz Jacek Prościński grający na perkusji. Ten skromny, trzyosobowy skład w zupełności wystarczył, aby z pełną mocą oddać studyjne brzmienie ostatniej płyty artystki. Przy takim układzie muzyków szczególnie zyskały te starsze kompozycje, które pojawiły się pod koniec setu. Doprowadziły one do tego, że część ludzi wstała z wygodnych leżaków i zaczęła ruszać się pod sceną. Na bis Jusis zaśpiewała po raz drugi "Zombi świat", czyli smutną diagnozę naszych czasów podaną w przebojowym sosie. Ta piosenka miała spore zadatki na stanie się radiowym hitem, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów rozgłośnie w kraju nie eksponowały jej należycie w eterze i trafiła do raczej wąskiego grona odbiorców.

Bardzo fajnie, że taka inicjatywa jak Kontenery Kultury powraca także w tym roku z bogatą ofertą muzyczną. Park Śląski to bowiem piękne miejsce na mapie naszego regionu, które może przyciągać nie tylko oazą zieleni w centrum aglomeracji, ale także dobrą polską muzyką graną na żywo.






Sławomir Kruk


26 marca 2017

Relacja: Voo Voo w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, 24.03



Po raz pierwszy miałem przyjemność wysłuchać Voo Voo na żywo, a biorąc pod uwagę, że zespół istnieje ponad 30 lat, sporo koncertów musiało wybrzmieć zanim wreszcie udało mi się uczestniczyć w jednym z nich. Voo Voo koncertem w Dąbrowie Górniczej oficjalnie rozpoczęli trasę promującą ich najnowszy, znakomity zresztą album "7". Wojciecha Waglewskiego darzę szczególną sympatią za sprawą nie tylko ocierającej się o poezję muzyki, ale równie mocno za nietuzinkową osobowość. Jedną z moich ulubionych audycji Radiowej Trójki jest "Magiel Wagli" - autorska audycja Wojciecha i jego syna Bartosza, tworzącego jako Fisz, gdzie można usłyszeć eklektyczną mieszankę rdzennego folku, ambientu, muzyki świata, czasem rocka.


Na koncert w Dąbrowie pojechałem z zamiarem przysłuchania się, jak na żywo brzmią utwory z "7" i nie myliłem się - Voo Voo zagrali cały materiał z płyty i to "po Bożemu" jak to określił pan Wojciech - czyli od "Środy" do "Wtorku", wzorem oficjalnego wydawnictwa. Po Bożemu nie było natomiast w aranżacjach live, bowiem pierwotne 50 minut muzyki "7" zespół rozciągnął do aż 74 minut. Długie improwizacje towarzyszyły przede wszystkim utworom "Sobota" i "Wtorek". Zwłaszcza ten drugi utwór zapisał się w mojej pamięci jako kulminacja wieczoru i chwila muzycznego uniesienia, która mogłaby dla mnie trwać w nieskończoność. Zespół stworzył przez moment klimat absolutnie wyjątkowy, chociaż napędem całej maszynerii był dla mnie Mateusz Pospieszalski, który ze swoimi instrumentami dmuchanymi szalał jak jakiś maniak w zakładzie dla szaleńców. Mateusz przyćmił tym koncertem nawet Wojciecha Waglewskiego, chociaż początkowo musiał szukać gubiony co chwila mikrofon do saksofonu...


Początki nie były łatwe dla całego zespołu, wydawało się, że Wojciech nie może się wstrzelić z gitarą w podkłady (swoją drogą zadziwiła mnie ich ilość); ciągle majstrował coś przy pedałach, a wspomnianemu Mateuszowi również coś nie pasowało przy dęciakach. W moim odczuciu przełomem był utwór "Niedziela", kiedy części naoliwionej uprzednio maszynerii wreszcie się dotarły. Na utworach z "7" się nie zakończyło; zespół zagrał także m.in. kultowy "Nim stanie się tak" w wersji pierwotnej (ożywiło to znacznie publiczność), fantastyczną "Flotę zjednoczonych sił", a na sam koniec swoisty hymn "Gdybym". Tak zakończył się ten koncert który ruszył niemrawo, ale rozkręcił się i zakończył z przytupem. Szacunek dla artystów, którzy mimo zmęczenia wyszli do publiczności, rozdając autografy. Jedynym zdziwieniem był całkowity zakaz robienia zdjęć, co mocno mnie rozbawiło. Rzeczywiście, kilka kiepskich fotek na telefon byłoby profanacją Pałacu Kultury Zagłębia (skądinąd świetnej sali koncertowej), albo policzkiem dla zespołu Voo Voo? Wątpię...


Marcin Bareła

2 marca 2017

Natalia Grosiak - Wywiad



Przed Wami obiecana rozmowa z Natalią Grosiak, nagrana tuż przed występem w klubie Muzyczna Meta w Częstochowie 24 lutego. Przeczytacie między innymi o pozascenicznym życiu muzyka, o tym jak "rozpuszczona" jest Natalia i o długo oczekiwanej solowej płycie artystki...

NATALIA GROSIAK: NAM NAJBARDZIEJ ZALEŻY NA PUBLICZNOŚCI

Marcin Bareła: Jak się ma zespół Mikromusic?

Natalia Grosiak: Dobrze, dziękujemy.

MB: Nadal cieszycie się własnym towarzystwem?

N.G.: Mnie jest dobrze z chłopakami z Mikromusic i każda podróż na koncert jest dla mnie miłą odskocznią od dnia codziennego.


M.B.: Gracie w różnych konfiguracjach – jako trio, z orkiestrą i po prostu Mikromusic. Macie ulubioną formę kontaktu z publicznością?

N.G: Ostatnio poprosiłam mojego menedżera, żeby zorganizował nam więcej koncertów jako trio, ponieważ tęsknie do grania akustycznego i bardzo tę formę występów lubię. Z drugiej strony, jak gramy z orkiestrą, to wiem, że także będę tęsknić za tamtym brzmieniem. Każda z tych kombinacji jest jedyna w swoim rodzaju i każdą lubimy.

M.B: Jest to też różnie odbieranie przez publiczność. Taki koncert jak dziś to możliwość złapania lepszego kontaktu z publicznością?

N.G: Wydaje mi się, że publiczności jest obojętne w jakim składzie gramy. Teraz gramy z triem koncerty stojące i ludzie bawią się jak na pełnym składzie – tańczą, śpiewają. Ważne żebym była ja i żeby były grane te, a nie inne piosenki.

M.B: Jak wy sobie radzicie z ciągłymi podróżami, zmianą miejsc noclegowych. Czy można tę rutynę okiełznać czy trzeba się tego cały czas uczyć?

N.G: Schemat jest zawsze ten sam. Podróż trwa kilka godzin, na miejscu trzeba się rozpakować, następnie jest próba, pół godziny na pomalowanie się i dobór ubioru. Potem jest występ, następnie spotkanie z publicznością, podpisywanie płyt. Potem się pakujemy, jedziemy do hotelu. Wchodzimy do pokoju, który z reguły wygląda podobnie, śniadanie jest przeważnie to samo. Później znowu wsiadasz do busa i jedziesz. Wbrew pozorom jest to bardzo ciężka, żmudna i schematyczna praca. Tylko to wejście na scenę i spotkanie z publicznością jest naprawdę wspaniałe, ale cała ta otoczka jest nieciekawa. Ale wybrałam taki zawód, więc nie narzekam.

M.B: To teraz o muzyce...Od czasu albumu „Piękny Koniec” rozpoczęliście etap twórczości egzystencjalno - filozoficznej. To wynikło z sumy waszych doświadczeń, a może stało się kwestią impulsu, spontanicznie?

N.G: Artysta dojrzewa razem ze swoją twórczością. Ja się cieszę, że to się wszystko zmienia, że nie zostałam na etapie sprzed dziesięciu lat, śpiewając „ja kocham a ty mnie nie i płaczę z tego powodu”. Dojrzewanie postępuje razem z artystą, dlatego śpiewam teraz o swojej kobiecości, że jestem matką, o tym że boje się, bo będąc matką patrzę na świat i zastanawiam się, na jaki świat sprowadziłam dzieci i generalnie zastanawiam się nad kondycją świata.


M.B: Czy jest możliwa jednoznaczna odpowiedź na pytanie po co ja tu jestem?

N.G: Nie jest – można powiedzieć, że to tylko diabeł wie. Wie to tylko ktoś, kto nas stworzył. Pytanie, kto nas stworzył – czy jesteśmy rzuceni na ten świat, czy stworzył nas określony stwórca? Ale szczerze mówiąc, od kiedy zostałam rodzicem, dowiedziałam się po co tutaj jestem – dla moich dzieci.

M.B: Natalio brałaś udział w projekcie - płycie „Historie”. Jakie to było dla ciebie wydarzenie.

N.G: Bardzo wzruszające, bo materia była bardzo wdzięczna mówiąc w cudzysłowie. Ta płyta powstała w ciągu miesiąca. Nawet nie wiedziałam, w co się pakuję. Wiedziałam, że będą 4 piosenki, ale nie zdawałam sobie sprawy, że nagramy płytę. Początkowo miał być jeden koncert, a było kilka. Powstała piękna płyta o ludziach, którzy przeżyli wojnę, byli cywilami albo brali udział w Powstaniu Warszawskim, ale opowiedzieliśmy ich historie już po okresie wojny. I nie są to radosne historie – nie czekała ich piękna polska, ciągle poszukiwali swojego miejsca, przeżyli rozczarowanie, biedę, problemy. Niestety, to wszystko wielu ludzi czekało po wojnie. Nie opowiedzieliśmy o bohaterach wojennych, którzy walczyli i zostali pokryci glorią i chwałą. To jest historia zwykłych ludzi.


M.B: „Historie” to płyta o przeszłości w teraźniejszości. Utwór „Danusia” jest kapitalnym przykładem tego, że mamy teoretycznie wolność...

N.G: A wszyscy są źli na siebie i kipią złością...

M.B: A wtedy potrafiliśmy się pięknie jednoczyć...Bardzo mnie ta historia wzruszyła.

N.G: Ja słuchałam głosu pani Danusi, która opowiadała ze szczerym wzruszeniem, jak to wtedy było naprawdę wspaniale, jak w biedzie i niedostatku ludzie się jednoczyli i w obliczu zagrożenia ciągle sobie pomagali. Minęły te czasy, Danusia jest w nowej Warszawie i czuje się totalnie samotna, ponieważ ta dawna solidarność gdzieś się rozmyła. Każdy jest dla siebie a później nastaje wrogość. Mieszkamy w jednym państwie, podzieliliśmy się na dwa obozy i zamiast szanować swoją odmienność i żyć z tym obok siebie i szanować się, nie robimy tego. Ja sama jestem ateistką i przyjaźnie się z ludźmi głęboko wierzącymi, aczkolwiek mimo że mam problemy z różnymi atrybutami kultu religijnego, zostawiam to dla siebie i nie wyśmiewam tego, a osoby z którymi się przyjaźnię nie wchodzą w mój świat ateizmu. Po prostu omijamy pewne kwestie i żyjemy w zgodzie i tego życzyłabym naszej Polsce - żeby ten kraj jednoczył się w naszej odmienności i żebyśmy szanowali się wzajemnie.

M.B: Faktycznie, nawet w medialnych wiadomościach na dalszy plan schodzą sprawy ważne na rzecz jałowych, często jednostkowych sporów.

N.G: Media przestały być rzetelne w momencie kiedy zaczęły sprzedawać się skandale. Wiadomo, że dobre wiadomości nie sprzedadzą się, więc media podsycają strach, panikę i oburzenie – wtedy jest więcej oglądalności, więcej kliknięć i to daje więcej pieniędzy i uważam, że to jest bardzo złe.

M.B: Wróćmy do Mikromusic. Mimo, że przybywa wam słuchaczy, ciągle jesteście jednym z bardziej niedocenionych zespołów. Jest w was jeszcze głód zaistnienia czy polegacie na muzyce, która sama się obroni, tu przykład „Takiego Chłopaka”, utworu, który zaistniał bez większej promocji.

N.G: Wiesz co, obecna nasza sytuacja jest naprawdę dobra, doszliśmy do takiego punktu do jakiego chcieliśmy dojść...


M.B: A może ja przesadzam, może jesteście jednak doceniani?

N.G: Nam przede wszystkim zależy na publiczności, żebyśmy mieli wierną publiczność i tak jest. Może nie mamy spektakularnych sold-outów, ale jednak utrzymuje się pewien poziom publiczności i ci ludzie są super.

M.B: Zdarzają się wyprzedane sale.

N.G; Tak. Regularnie gramy, utrzymujemy się z muzyki i myślę że to jest sukces, i wydaje mi się, że jedyne co nam pozostało to być wiernym sobie, nagrywać piosenki, dbać o poziom przekazu naszych myśli, muzyki i w tym trwać. Ja nie mam super ambicji, żeby mieć więcej i więcej. Mam filozofię żeby cieszyć się tym, co jest teraz, nie żyć przeszłością i przyszłością i tak właśnie jest.

M.B: Jakie macie plany na ten rok?

N.G: Powoli z Dawidem tworzymy piosenki na nową płytę, ale to dopiero za rok. Tymczasem ja przygotowuję swoją płytę solową, którą produkuje dla mnie Piotr Pluta, nasz nagłośnieniowiec, świetny, wrażliwy muzyk. Ale nie chcę jeszcze więcej zdradzać, bo nie będą to moje autorskie piosenki. Przygotowujemy coś eksperymentalnego i chcę, aby na koncertach te piosenki grało Mikromusic. Za miesiąc prawdopodobnie ukaże się singiel zapowiadający solową płytę, a na jesień ruszę w Polskę już jako Grosiak.

M.B: Nie zwalniacie tempa ani trochę.

N.G: No wiesz, to umiem robić i to robię, ale myślę że kiedyś zrobię sobie rok przerwy...

M.B: Czyli macierzyństwo Ci nie przeszkadza?

N.G: No nie, ale jestem szczerze bardzo zmęczona (śmiech).

M.B: Czego Mikromusic można życzyć na najbliższy czas?

N.G: Chcielibyśmy grać w super nowych, świeżych salach koncertowych (długi śmiech).

M.B: Nie ma tutaj dla nikogo żadnej złośliwości (śmiech).

N.G: Wiesz co, my jesteśmy już trochę rozpuszczeni. Bo jak wchodzimy do Starego Maneżu w Gdańsku – pięknej nowej sali, ze wspaniałymi nowymi garderobami, gdzie wszyscy są zadowoleni to chcemy tylko w takich miejscach grać. Na szczęście w Polsce powstaje coraz więcej takich sal gdzie wszystko dobrze brzmi, są wygodne garderoby, jest ciepło i wchodzisz tam i czujesz się cudownie, grasz koncert i ludzie są zadowoleni. Chciałabym, żeby w Polsce funkcjonowały tylko takie sale koncertowe. Jestem już rozpuszczona, bo jeszcze parę lat temu graliśmy w małych klubach i spaliśmy w hostelach. I dlatego wszystkim artystom jeżdżącym po naszym kraju życzę autostrad i pięknych sal koncertowych.


25 lutego 2017

Fotorelacja: Mikromusic w Muzyczna Meta, 24.02



Po raz pierwszy odwiedziłem maleńki klub Muzyczna Meta na Jasnogórskiej, by po raz drugi w życiu posłuchać mój ukochany Mikromusic. Zespół gra w kilku konfiguracjach, w Muzycznej Mecie wystąpili jako trio w składzie: Natalia Grosiak, Robert Szydło i Dawid Korbaczyński. Akustyczny występ w Częstochowie był znakomitą okazją do sprawdzenia jak bogate z reguły aranżacyjnie utwory Mikromusic brzmią w wersji mocno minimalistycznej: głos, gitara i bas (plus okazjonalnie ukulele).


Faktycznie, takie kawałki jak "Lato 1996" czy zagrany na bis "Kardamon i Pieprz" nabierają akustycznie kompletnie nowego wymiaru, a i mój ulubiony, drapieżny "Sopot" nic nie traci w wersji zaiste kołysankowej. Siłą Mikromusic są sami muzycy i zjawiskowa Natalia Grosiak, którzy występ na scenie traktują także jako możliwość wspólnej improwizacji, stąd poszczególne kawałki często mocno różnią się tempem i tonacją od oryginałów. Co oczywiste, najwięcej utworów usłyszeliśmy z płyty Matka i Żony, z Pięknego Końca artyści zaprezentowali "Pod Włos", "Za Mało", "Sopot" i "Takiego Chłopaka" z Sovy wybrzmiały "Oczko", "Niemiłość" i "Jesień", a z Sennika "Kardamon i Pieprz".


Muzycy skutecznie przełamali lody już na początku, zachęcając publiczność do podejścia pod barierki, a Natalia Grosiak mówiła między piosenkami między innymi o miłości: "Czym jest dla mnie miłość? Po pierwsze totalną akceptacją i z drugiej strony brakiem oczekiwań wobec drugiej osoby. Gdy pojawiają się oczekiwania wtedy kończy się miłość". W tym kontekście Natalia wspomniała swojego męża, który bez żadnych oporów akceptował kilkaset psów, które przewinęły się przez dom artystki (Natalia bierze udział w licznych kampaniach dotyczących praw zwierząt).


Było także o pewnym konkursie we Wrocławiu. Trzeba było zaprezentować piosenkę o mieście i ponieważ zespół przedstawił nieco krytyczny utwór "Pod Włos", ów konkurs wygrała, wywodząca się podobnie jak Mikromusic z Wrocławia, Marcelina. "Lubimy się do dziś" - żartowała Natalia Grosiak. Koncert zakończył szalony jam towarzyszący pieśni "Kardamon i Pieprz", chociaż najlepszym momentem wieczoru było dla mnie wspólne odśpiewanie refrenu i fragmenty zwrotki "Niemiłości". Brawa dla Częstochowy!


PS: Już niebawem wywiad z Natalią Grosiak!
Zobacz wywiad z Mikromusic z 2013 roku: klikając tutaj
Wysłuchał: Marcin Bareła

19 lutego 2017

Recenzja: Smolik, Grosiak, Miuosh - Historie



W 2016 roku miała miejsce 72 rocznica Powstania Warszawskiego, z tej okazji Muzeum Powstania Warszawskiego zleciło nagranie albumu, prezentującego wspomnienia czterech Powstańców: Pani Aliny Augustowskiej-Mrozowskiej, Pani Ireny Łoś, Pani Danuty Szlajmer oraz Pana Henryka Stefana Kaweckiego. Płyta, zatytułowana "Historie" to kompilacja wypowiedzi archiwalnych ww. Powstańców, zilustrowana i niejako skomentowana muzycznymi opowieściami autorstwa Andrzeja Smolika (muzyka), Natalii Grosiak i Miuosha (teksty). Ten niezwykły koncept-album do moich rąk trafił dopiero teraz.


Historie to jeden z bardziej poruszających albumów, jakie słyszałem. Tragiczne wydarzenie 1944 roku świetnie sprawdzają się w surowych, głębokich i wciągających pejzażach Smolika, a z pozoru sprzeczne głosy Natalii Grosiak (Natalia brzmi świetnie zawsze) i rapera Miuosha uzupełniają się idealnie. Szczerze powiem, że jest to otwarty i niedopowiedziany album i Smolik mógłby zapewne przy śniadaniu napisać jeszcze wiele podobnych opowieści, tworząc kontynuacje "Historii".

Płyty nawiązujące do powstania to u nas nic nowego. W 2005 roku Lao Che wydał „Powstanie Warszawskie”. Maleo Reggae Rockers wraz z wokalistkami nagrał płytę „Panny Wyklęte”, Armia z kolei „Warszawskie Dzieci”, a raperzy z Hemp Grup „63 dni chwały”. Doszło do tego, że nawet Szwedzi z zespołu Sabaton nagrali piosenkę „Uprising”. A jak powstały "Historie"? Dobór zaprezentowanych materiałów archiwalnych pochodzi z Archiwum Historii Mówionej. Są tam tysiące podobnych opowieści, dokonano więc ostrej selekcji poprzez żmudne przesłuchiwanie nagrań, ostatecznie wybrano cztery. To nie Smolik dokonał wyboru, ale Natalia Grosiak i Miuosh. Wokaliści mieli w ten sposób wczuć się w role, poczuć emocjonalną więź z losami postaci, o których opowiadają.


To jedna z tych płyt, gdzie słowo jest ważniejsze od muzyki, chociaż ta wcale nie odstaje poziomem. Fantastyczne akordy pianina autorstwa samego Smolika, gdzieniegdzie puzon Dariusza Plichty i wiolonczela Jana Stokłosy. Dodajmy oniryczny, przenoszący skutecznie w tamte czasy głos Natalii Grosiak oraz pewny rap Miuosha (Miłosza Boryckiego) i znakomitą produkcję - mamy płytę idealną, jakkolwiek może bardzo elitarną, ale wysmakowaną i przygotowaną niczym najpiękniejszy prezent gwiazdkowy. Trudno wybrać jedną, wyróżniającą się opowieść - wszystkie są arcyciekawe i wzruszające. To nie jest tylko płyta do słuchania - to płyta mająca skłonić do głębokiej refleksji. Bo samo Powstanie nie jest tutaj meritum - teksty opowiadają o tym, co to wydarzenie i sama wojna zostawiły i jakie były, a właściwie są tego dziś konsekwencje.

Mnie mocno poruszyła wypowiedź pani Danuty:
"Och, jaka była więź międzyludzka, jak każdy drugiemu pomagał, uprzedzał - UWAGA ŁAPANKA! - wie pan, tego dzisiaj nie ma i tego mi brak...". Po czym następuje dobitna cisza. Sugestywnie tę wypowiedź interpretuje w ostatnim utworze, "Danusia" Natalia Grosiak:

Jestem Tu
Lecz serce zostawiłam
W tamtej Warszawie

Ciało moje tutaj
Zegar stanął
W tamtej Warszawie

Szczerze kochałam
W najgorszych czasach
I przyjaciół w biedzie
Najlepszych miałam

Jestem tu
Lecz serce zostawiłam
W tamtej Warszawie

W dobrobycie
Moja Polsko
Bracia, siostry
Kipią złością...

Znakomity komentarz do słów Pani Danuty i do tego, co dziś dzieje się w naszym kraju i niestety niezbyt optymistyczne podsumowanie stanu naszego kraju. Uważam, że jest to przepiękna, wartościowa płyta znakomicie oddająca ducha czasu. Historie z jednej strony opisują przeszłość, ale z drugiej wykraczają daleko poza ramy roku 1944. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników historii.

Ocena: 10/10
Marcin Bareła

Posłuchaj:




3 lutego 2017

Recenzja: The XX - I See You


Po nieco przedłużonej przerwie na naszym blogu, pora przedstawić kolejną, trzecią już pozycję w skromnym jeszcze katalogu brytyjskiej grupy The XX - "I See You". Płyta powstawała w ciągu przeszło dwóch lat na kilku różnych przestrzeniach (m.in. Islandia, Stany Zjednoczone).

The XX mogą już śmiało zostać wpisani w listę artystów, których płyty można kupować w ciemno. "I See You" proponuje 10 kompozycji, ale są tu piosenki bardziej rozbudowane aranżacyjne i wokalnie w porównaniu do dwóch pierwszych propozycji Londyńczyków. Na uwagę zasługuje nie tylko znakomita praca przy konsolecie Jamiego Smitha, ale może i przede wszystkim znaczny progres wokaliz duetu Sim - Madley Croft. W "Say Something Loving" i "On Hold" zachwyca głos Olivera Sima, którego głęboka barwa jeszcze nie brzmiała tak melodyjnie i - co pocieszające może mniej introwertycznie. Sim i Romy Madley Croft tworzą dziś jeden z ciekawszych duetów wokalnych, w którym pozorny dysonans barw tworzy istotnie mistyczną wręcz mieszankę (i jest dziś znakiem firmowym zespołu).

Nietrudno, już po pierwszym przesłuchaniu zorientować się, że brzmienie The XX "złagodniało", nie tracąc nic ze swoich zanurzonych w mrocznych latach 80. korzeni, jednak wyraźnie nie jest już tak surowe i depresyjne. Śmiało można przypisać tej płycie etykietę "przebojowej", lecz będzie to dla zespołu który jest grupą dobrych przyjaciół, krzywdzące. Niemniej jednak piosenki "I Dare You", "Replica" czy singlowe "On Hold" także te bardziej komercyjne stacje radiowe powinny przyjąć raczej serdecznie, a może i pojawią się na co lepszych imprezach... Znacznie cieplej jest także w warstwie słownej, chociaż ciężko mówić też o euforii. Całość utrzymana jest w duchu zderzenia świata własnego, wewnętrznego i obcego, zewnętrznego. Niby jest spore otwarcie, ale jednak rany przeszłości nadal utrzymują pewien dystans.

Po przejściach i różnych perturbacjach w zespole (Romy straciła ojca a Oliver Sim przez jakiś czas miał problem z alkoholem) The XX przedstawiają płytę, którą powinni zyskać kolejne rzesze wielbicieli. Chwała artystom za nieodcięcie się od korzeni w połączeniu z otworzeniem się na nowe brzmienia.

Ocena: 8/10

Marcin Bareła

Posłuchaj:




15 listopada 2016

Recenzja: Nick Cave and The Bad Seeds - Skeleton Tree


Nick Cave to jedna z tych postaci, która nie pozostawia odbiorcę obojętnym. Fascynuje, urzeka i prowokuje, jest uwielbiany ale i ma grono "hejterów". Mnie latami zajęło dać się "uwieść", ale w końcu uległem i musiałem uznać wielkość i geniusz tego niepokornego artysty, od zawsze stojącego na granicy ciemnej strony. Wystarczy bowiem spojrzeć na kreowany przez lata image i wsłuchać się w teksty - Nickowi daleko w nich do grzecznego kompozytora sypiącego płatki kwiatów, jego twórczość dotyka szerokiego spektrum ludzkiej egzystencji, od dylematów wiary po seks i zło.

Okoliczności powstawania płyty "Skeleton Tree" są nader dramatyczne, (syn Cave'a, Arthur zginął tragicznie spadając z klifu w Brighton) chociaż błędne są opisy, wedle których album miał powstać pod wpływem tych wydarzeń. Śmierć Arthura miała miejsce w lipcu 2015, a pierwsze sesje nagraniowe do "Skeleton Tree" rozpoczęły się jeszcze w 2014 roku. Tak naprawdę album był już niemal na ukończeniu, kiedy doszło do tej tragedii, dlatego zmodyfikowano niektóre teksty i nagrano całość wokaliz. Albumowi towarzyszy film "One More Time With Feeling", będący zapisem procesu twórczego i komentarzem do wydarzeń w Brighton. Zainteresowanie także w naszym kraju jest ogromne, dlatego ponowna projekcja będzie miała miejsce w grudniu.

Cave na "Skeleton Tree" wspina się na absolutne wyżyny swoich kompozytorskich umiejętności. Przyjęcie albumu było wręcz euforyczne, krytycy nie żałowali pochwał i ciepłych słów pisząc o najbardziej osobistym, szczerym albumie artysty. Płyta odchodzi od typowego podziału na zwrotki i refren, piosenki jak "Girl in Amber" czy "I Need You" wydają się rozmywać rytmicznie i mamy wrażenie że Nick Cave i Warren Ellis (współproducent albumu) wręcz ze sobą nie współpracują. Cave ze swoim bólem rozprawia się z klasą - nie zagrzebuje słuchacza w wielkim lamencie, ale z pokorą i w swoistym mistycyzmie oddaje swój duchowy stan, wgłębiając się w rodzaj osobistej medytacji. Przepięknie robi to między innymi w "Distant Sky", tworząc z boską Else Torp duet wymarzony.

Nick Cave, oprócz szczerego współczucia wzbudził we mnie dodatkowy szacunek za stworzenie, w jednej z najtrudniejszych chwil w życiu, prawdziwego arcydzieła, płyty której słucha się z zapartym tchem i która zostawia słuchacza w niedowierzaniu, że można jeszcze komponować tak dobre tak równe i zarazem tak emocjonalnie głębokie utwory.

Ocena: 10/10

Marcin Bareła

Posłuchaj: