19 września 2015

Recenzja: Sinusoidal - "108"


Subtelne brzmenie Mobiego, nieprzewidywalność Radiohead, taneczne klimaty Bonobo, garażowe bity Burial, łagodność Noviki, niepokój Massive Attack. To wszystko i zapewne wiele więcej układa się w niebanalną całość, jaką jest rodzimy Sinusoidal. Wrocławski duet - Michał Siwak i Adrianna Styrcz - wydał raptem chwilę temu drugi pełnowymiarowy album - "108". Płyta powstała także dzięki wsparciu fanów poprzez serwis polakpotrafi.pl. Jest czego posłuchać.

Pamiętam dobrze ich debiut - "Out of the Wall" i ślad, jaki we mnie ten kawał świetnej elektroniki zostawił. Sinusoidal to wrocławski skład, ale tworzy brzmienie, które - nie tylko ze względu na śpiewany język - można dumnie prezentować na całym świecie, z kolebką trip - hopu, Wielką Brytanią włącznie. Wydawałoby się, że w elektronice wszystko już było i zapewne po części to prawda, jednak Sinusoidal tworzy brzmienie świeże i spójne. Michał Siwak odpowiadający za muzykę doskonałe połączył brzmienia pogodne i ciepłe ("Good Memories") z brudnymi i niepokojącymi ("Big Open Window"), tworząc całość niezwykle zgraną, nie idącą w jakimkolwiek momencie w skrajności. Nie ma więc apokalipsy znanej choćby z "100th Window" Massive Attack, ale nie będzie też sielanki Briana Eno z "Music for Airports". Wypośrodkowane brzmienie pasuje idealnie do delikatnego, soulowego głosu Adrianny Styrcz, która świetnie odnajduje się w wysokich tonacjach ("4"), ale dobrze radzi sobie również w rapie ("River").

Na uwagę zasługuje także świetnie zaprojektowana okładka i udział gości: Andrzeja Jeżewskiego - klawisze, Michała Lange - perkusja i Wojciecha Siwaka - gitara dobro. Chwila uwagi dla Adrianny Styrcz, piszącej do muzyki Michała Siwaka teksty. Słowa są napisane w sposób nietuzinkowy, ale i przystępny, stąd z reguły nie potrzeba dywagacji, czy dany fragment jest jeszcze strzępkiem rzeczywistości, czy tylko wybrykiem, którego już sam autor po czasie nie potrafi odszyfrować. Tak jest w przepięknym utworze "Good Memories" i dającym nadzieje "Enso".

Hipnotyczne jest to brzmienie "108". Z niedowierzaniem patrzę w wyszukiwarkę i nie znajduję choćby jednej receznji 108! Niewiele jest informacji o samej płycie, nie można znaleźć tekstów, w radiu bodaj raz tylko zespół słyszałem. Nie wiem, na ile sami artyści nie chcą specjalnego rozgłosu, jednak Sinusoidal, jak i Digit All Love to jedni z najbardziej niedocenianych twórców rodzimej elektroniki...

Ocena: 9/10

Marcin Bareła

Posłuchaj:






7 września 2015

Recenzja: Ptaki - Przelot


Nakładem wytwórni Transatlantyk ukazała się właśnie płyta - debiut duetu Ptaki, czyli warszawskich didżejów, tworzących jako The Phantom i Funkoff, o tytule "Przelot". Określenie - muzyka "balearyczna" bardzo pasuje do tego, co duet proponuje na tym wydawnictwie. Muzyka Ptaków to z reguły niespieszne, bezstresowe, wakacyjne granie.

Słuchając "Przelotu" w głowie zbierają się myśli, związane z czasem spędzanym gdzieś nad wodą, pod namiotem, gdzie nie istnieją pojęcia: praca, obowiązek, stres. Taki właśnie jest "Przelot", wydawnictwo niezwykle wakacyjne. Ptaki tworzą swoje utwory w oparciu o przeróżne dźwięki znane z epoki PRL. Mamy więc, obok współczesnego samplingu i efektów elektronicznych, wokale retro, kobiece głosy przypominające jeszcze czasy sklepów z kultowymi szalkowymi wagami (możliwe, że jeszcze funkcjonującymi gdzieniegdzie), albo męską spikerkę radiową jak za czasów Gierka.

Ptaki niezwykle zręcznie dały życie starym brzmieniom, owijając je w otoczkę nowoczesnej elektroniki. Dlatego dźwięki zapożyczone z epoki PRL brzmią bardzo współcześnie, a jednocześnie trzeszczą, jakbyśmy słuchali winyla, kupionego na pchlim targu. Takie utwory jak "Nie zabijaj" czy "Skit 1" przenoszą dosłownie w czasie. Najlepsze zostaje w mojej opinii na koniec. Utwory "Już tyle" i "Jelitkowo" zanurzają w całości w jazzowo - folkowym świecie. Utwór całość zamykający - "Girlandy" świetnie podsumowuje wakacyjny nastrój całości.

Dobrze się tego słucha nie tylko w wakacje. Ptaki stworzyli zestaw uniwersalny i jednocześnie elitarny, radiowy ale absolutnie nie wpisujący się w tendencje głównego nurtu. Uwaga: wydawnictwa na płycie winylowej i CD różnią się zawartością, ja skupiłem się w tym wpisie na regularnej zawartości tylko płyty kompaktowej.

Marcin Bareła

Posłuchaj:





22 sierpnia 2015

Skaldowie - Koncert na 50 lecie w Gdowie


Ach, co to był za koncert, którego pełny tytuł brzmiał: „Od wschodu do zachodu słońca – 50 lat Skaldów”. Zrobiony z rozmachem, z plejadą wybitnych artystów z palety pokoleń i brzmień. Koncert w Gdowie, rodzinnym mieście Andrzeja Zielińskiego był przykładem, jak powinno się robić imprezy jubileuszowe i tutaj pokłony dla organizatorów - Gminy Gdów i tamtejszego Centrum Kultury. Ale chwała wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego przedsięwzięcia, ale przede wszystkim dla Telewizji Polskiej, która bardzo sprawnie całość wyprodukowała, a w jej imieniu poprowadził imprezę niezwykle sprawnie Tomasz Kammel.

O wadze wydarzenia niech poświadczy występ prominentnych gości polskiej sceny muzycznej, również udział 8-osobowej sekcji smyczkowej oraz chóru pod dyrekcją Marka Sobczyka. Chór składa się z wokalistów działających na terenie Gminy Trzciana i Gminy Łapanów (lokalnie grupa znana jest pod nazwą Cud Przyjaciele). Utwory brzmiały dzięki udziałowi wyżej wymienionych gości iście epicko.

Przyjrzyjmy się samemu koncertowi i jego uczestnikom. Czytałem wiele negatywnych opinii na temat Natalii Sikory i jej śpiewie w piosence "Nie widzę ciebie w swych marzeniach". Owszem - było głośno, ale ileż w tym było emocji! Natalia ze wzruszenia ledwo wytrzymała do końca utworu. Nie gorzej zaśpiewał weteran Stanisław Wenglorz, dziś rzadko pojawiający się na scenie. To był bardzo magiczny moment w Gdowie. Świetnie zaprezentował się Muniek Staszczyk, śpiewający "Wieczór na dworcu w Kansas City", czyli stylistykę, w której akurat Muniek czuje się bardzo dobrze. Bardzo fajnie zaśpiewała Natalia Kukulska, jej bardzo kobieca wersja "Katastrofy" i wdzięk na scenie - aż miło było patrzeć i słuchać. Po swojemu zaśpiewał Maciej Maleńczuk, chociaż nie wiem, czy jednak "26 marzenie" to utwór pasujący do lubiącego oszukiwać wersy artysty. Nie zapomniałem o Annie Marii Jopek, która nigdy nie zawodzi i od razu śpiewała, jakby sama pisała piosenki Skaldów. Pełen profesjonalizm w utworach: "Zawołam na pomoc wszystkie ptaki" i "Czarodzieje"

Przeciętnie szczerze mówiąc wypadli: Ania Rusowicz - "W żółtych płomieniach liści" i "Wszystko mi mówi że mnie ktoś pokochał" i troszkę stremowana, ale elegancka Natalia Nykiel - "O Zielińskim". Najmłodsze pokolenie reprezentowała Justyna Święs, ale jej interpretacja kawałka "Cała jesteś w skowronkach" nie przypadła mi do gustu. W ogóle ten przepiękny utwór zabrzmiał w Gdowie zbyt popowo, a konkretniej - za mocno wygładzono bas i bębny. Nie było tego wieczoru jednak absolutnie żadnych wpadek i całość przebiegała niezwykle sprawnie.

Cały koncert podzielony został na 3 części, a w tej ostatniej prawdziwym kąskiem była improwizowana, psychodeliczna wersja suity "Krywań Krywań". To było prawdziwe przeżycie usłyszeć ten bajkowy kawałek na żywo, co nie zdarza się podczas "zwykłych" koncertów zespołu. Nie zabrakło palety przebojów grupy, i korzystając z okazji, chciałbym się zatrzymać na utworze "Wierniejsza od marzenia" do tekstu Andrzeja Jastrzębca Kozłowskiego. Ten utwór przywołuje w mojej opinii najbliższe skojarzenia z bohaterem Gdowa Andrzejem Zielińskim - genialnym i wszechstronnym kompozytorze i klawiszowcu, osobą niezwykle wrażliwą muzycznie i do tego na co dzień przepięknie skromną. To był cudowny koncert, który dosłownie powalił mnie na kolana. Skaldowie mają się bardzo dobrze, a ja życzę panom kolejnych lat grania bez ustalania sztywnych ram czasowych. Wszystkiego dobrego Skaldowie!

Marcin Bareła

Skaldowie, Natalia Sikora i Stanisław Wenglorz: "Nie widzę ciebie w swych marzeniach":


Skaldowie i Natalia Kukulska: "Katastrofa"


Skaldowie: "Wierniejsza od marzenia"

1 maja 2015

Raz Dwa Trzy w MOK Olkusz - 21 kwietnia


Wybrałem się, po raz drugi w życiu, na koncert Raz Dwa Trzy. Pamiętam ich koncert z klubu Arkada w Katowicach w roku 2009 (relacja tutaj), i było to iście magiczne przeżycie. Po kilku latach postanowiłem sprawdzić, czy RDT nadal wytwarzają na żywo podobny klimat i nie zawiodłem się.

Koncert odbył się w Miejskim Centrum Kultury w Olkuszu i trwał bez mała dwie godziny, podczas których usłyszeliśmy paletę utworów, które formacja stworzyła w ciągu swojej pięknej kariery. Tak się składa, że zespół świętuje 25 lecie pracy i stąd usłyszeliśmy znane utwory - "Trudno nie wierzyć w nic", "I tak warto żyć", ale także stare, nieco zapomniane kawałki - w tym "Talerzyk". Ten prastary utwór z wydanej w 1991 roku, debiutanckiej płyty "Jestem Polakiem", pokazuje wczesne, bardziej kabaretowe oblicze RDT.

Znakomitym pomysłem było wykonanie piosenki na otwarcie, czyli "Idź swoją drogą", w której najpierw pojawił się z gitarą akustyczną Adam Nowak, a wraz z kolejnymi taktami dołączali do niego poszczególni muzycy grupy, przez co utwór nabierał podniosłości i zyskiwał na muzycznym napięciu. Były wygłupy, zwłaszcza perkusisty, który wyraźnie doskonale bawił się podczas koncertu.

Całość utrzymana była jednak w dosyć poważnym tonie za sprawą nostalgicznych, czasem niepokojących piosenek opowiadających o szukaniu sensu życia i relacjach człowieka z Bogiem (reprezentowanych przez płyty "Trudno nie wierzyć w nic" i "Skądokąd"). Doza duchowości, towarzysząca utworom Raz Dwa Trzy dodaje ich muzyce podniosłości i swoistej melancholii. Dużo w utworach zasłużonego zespołu - nie zawsze wprost - ale jednak tematyki śmierci. Doskonale słychać to w utworze "Mam imię, nazwisko i pracę". Wybrzmiewanie podobnych utworów w Olkuszu przyprawiało o masę przemyśleń, powróciły pytania, które zazwyczaj człowiek odkłada w czeluściach pamięci. Kulminacją powagi była przepiękna piosenka o apokalipsie - "Zgodnie z planem (może świt błyśnie)".

Raz Dwa Trzy kolejny raz zachwycili. W całym występie bardzo przyjemnie brzmiały improwizacje, które wydłużały pierwotne utwory o kilka minut. Muzycy bardzo dobrze ze sobą współpracowali, a występ na scenie dawał im wyraźną przyjemność. Świetnie współbrzmieli zwłaszcza Adam Nowak z podstawowym gitarzystą, Jarosławem Trelińskim. Na wyróżnienie zasługuje Tadeusz Kulas i jego znacznie wzbogacająca piosenki trąbka. Dość powiedzieć, że nie wyobrażam sobie RDT bez akordeonu Grzegorza Szwałka. Całość grupy dopełniają doskonali w swoim rzemiośle: basista Mirosław Kowalik i perkusista Jacek Olejarz. Wystarczającym komentarzem podsumowującym koncert w Olkuszu niech będą dwa soczyste bisy i długie oklaski zachwyconej publiczności. Dziękuję Wam Panowie!

Marcin Bareła

PS: Następnym razem wezmę lepszy aparat!



17 kwietnia 2015

Przypominamy: Norah Jones - Little Broken Hearts



Odkrywająć płyty artystów reprezentujących tzw. multigatunkowość, natrafiłem na dawno nie słyszaną Norę Jones i jej najświeższy (wydany w 2012 roku) album "Little Broken Hearts". Norę Jones pamiętam przede wszystkim z debiutanckiej płyty z 2002 roku, "Come Away With Me". Artystka miała wówczas raptem 22 lata, a albumem podbiła prawie cały świat.

"Little Broken Hearts" to pokłosie współpracy Jones z Brianem "Danger Mouse" Burtonem - który wyprodukował takie płyty, jak "Demon Days" Gorillaz czy "Modern Guilt" Becka. Zwraca uwagę tytuł płyty - sama Norah w wywiadach wspominała, że są to bardziej wyobraźnia artystki, niźli faktyczne odtworzenie wydarzeń z jej życia. Faktem jest, że Norah Jones przed wydaniem albumu miała za sobą dwa rozstania, jednak mocno podkreśla, że w obecnym związku jest bardzo szczęśliwa.

Muzycznie jest to chyba najciekawszy album w katalogu amerykanki hinduskiego pochodzenia (ojciec, Ravi Shankar był wirtuozem gry na Sitarze). Już otwierająca "Little Broken Hearts" rozmarzona ballada "Good Morning" uświadamia, że Norah postanowiła odłożyć jazz-bluesowe przyśpiewki na rzecz bardziej popowego, a nawet gitarowego grania. Piękne otwarcie płyty, która jest kolejnym przykładem retro-popu, a płyt oddających hołd muzyce minionego wieku wśród nurtu alternatywnego ciągle przybywa. Zmianę stylistyczną świetnie słychać w "Take It Back" - progresywnego utworu, który wybucha gitarową złością, czego u Jones wcześniej nie słyszeliśmy. Trzeba zauważyć, że ten pełen muzycznego gniewu utwór został zaśpiewany, jak zresztą większość piosenek, po mistrzowsku. Norah Jones niesamowicie dojrzała wokalnie, nie jest już tą słodką, niewinną dziewczynką, ale kobietą charyzmatyczną, wręcz nieprzewidywalną, co widać także na okładce płyty. Proste, ułożone dotychczas włosy Norah Jones zastąpiła napuszoną fryzurą ala Debbie Harry z połowy lat 80 (w wersji dark).

Norah Jones jeszcze tak przepięknie w mojej ocenie nie śpiewała. Na pewno ta piękna kobieta pozostaje wokalnie w symbiozie z pełnymi emocji (nierzadko gorzkich) utworami. Któryś z dziennikarzy nazwał "Little Broken Hearts" płytą z piosenkami o morderstwach. Faktycznie, album ma klimat rodem z klasycznego amerykańskiego filmu gangsterskiego, piosenki świetnie pasowałyby także do kolejnego filmu sensacyjnego Quentina Tarantino (może kolejna część "Kill Billa"?). Wyjątkową pieśnią jest "Miriam" - opowiadająca o dziewczynie, która mści się na tytułowej Miriam, za odbicie jej faceta. Najpierw mści się na swoim mężczyźnie, by następnie zamordować jego kochankę. I pomyśleć, że to ta słodka Norah??

Na pewno jest to najciekawsza płyta N. Jones. Artystka znakomicie odnajduje się w etykiecie retro-pop, a jej piosenki nabrały dojrzałości i klasy. Współpraca z Danger Mouse ułożyła się nadzwyczaj dobrze. Mam nadzieję, że Norah nadal będzie tak przyjemnie dla ucha eksperymentować i zaskakiwać.

Ocena: 9/10





27 marca 2015

Zapowiedź#3: Blur - The Magic Whip


Dosłownie wczoraj obejrzałem na YT film dokumentalny No Distance Left To Run o zespole Blur. Fantastycznie zrealizowany dokument ma mistrzowski montaż pełen niezwykłych kadrów. Zawiera archiwalne rarytasy (między innymi Damon Albarn całujący Grahama Coxona, albo wygłupy Alexa Jamesa dla NME), jak i fragmenty koncertów grupy. Jako wielkiego fana Blur materiał ten nie był dla mnie zaskakujący, jednak film może rzucić kolejne światło na to, kim byli panowie Albarn, Coxon, James i Dave Rowntree.

Czy wiedzieliście na przykład, że Damon Albarn, już działając pod szyldem zespołu na przełomie lat 80. i 90. pracował w...sklepie z crossaintami? To właśnie Albarn, jak wynika z filmu, od zawsze był najbardziej zaangażowanym muzykiem Blur. To on wynajął za własne pieniądze po raz pierwszy studio nagrań, ale z całej ekipy przyszedł tylko Dave. Albarn osobiście pofatygował się do reszty i zrobił niemałą aferę (co zupełnie zrozumiałe). "Chciałem żeby ten zespół się rozwijał" - wspominał po latach Damon Albarn.

Co ciekawe, pierwszy koncert zespołu miał miejsce w...East Anglian Railway Museum w Essex, w roku 1988. Grupa zagrała w prowizorycznej szopie dla 150 osób. 21 lat później, w 2009 roku Blur zagrał sentymentalny koncert w ramach powrotnego mini-tournee, dokładnie w tym samym miejscu. O sentymencie do kolei często wypowiadał się Albarn, a jednym z hołdów, złożonych kolejnictwu jest okładka płyty Modern Life is Rubbish.


W 1992 roku, by spłacić długi, które zespół miał, pewna amerykańska firma zaproponowała muzykom serie koncertów po Stanach, w zamian za umorzenie części długu (ponoć 60 tys. funtów, a pamiętajmy że był rok 1992!!!). Zespół się zgodził, jednak nie była to udana trasa. "Wtedy zaczęliśmy mocno pić" - wspominał po latach Alex James. Dla dwudziestolatków wyjazd na dwa miesiące za granicę był przeżyciem niemal traumatycznym. Najbardziej cierpiał Graham Coxon, który miał pewnego dnia roztrzaskać wszystkie szklane przedmioty w zasięgu ręki, łącznie z oknami w autobusie. Koncerty grupy najlepiej opisuje sam Coxon: Mieliśmy set 10 utworów, ale w trakcie Damon wymiotował za wzmiacniaczem, rzucał się na plecy Alexa, przewracał sprzęty i zazwyczaj kończyło się na 4 utworach..." Ponoć wczesne koncerty Blur zawsze kończyły się dla muzyków jakąś kontuzją...

Tak imprezował Blur

Obserwacja filmu utwierdza w pewnej konstatacji: Z wszystkich członków Blur Graham Coxon był największym outsiderem. Nienawidził pierwszej, całkowicie kontrolowanej przez wytwórnię płyty "Leisure" (1991), nie cierpiał popu, w którego stylistyce utrzymane były kolejne trzy albumy grupy. Dopiero zmiana filozofii muzycznej na "Blur" i "13" pozwoliła temu genialnemu gitarzyście na rozwinięcie skrzydeł, a świat mógł usłyszeć genialne improwizacje, nagłe zrywy i zniekształcenia jego firmowego Fendera. Ale i to nie uchroniło tego, co miało nadejść. Niepokorny Coxon, który brzydził się show-biznesem opuścić zespół w 2002 roku, ale powodem był jego alkoholizm i postępująca dysocjacja. Muzyk stał się zwyczajnie nieznośny dla reszty. No Distance Left to Run pokazuje jednak Coxona jako niezwykle wrażliwego, inteligentnego człowieka, miłośnika sztuki, osobę wręcz łagodną. Coxon wydaje się wręcz maskotką Blur, przyćmiewającą osobowością nawet Damona Albarna.

Graham opowiada o zmęczeniu popem i zmianach w zespole

W filmie mamy pewne wskazówki, jak Blur postawił na wierność własnemu brzmieniu, co zawsze cenię w artystach wszelkiej maści. Na początku lat 90. muzyka brytyjska, jak i obyczaje stawały się coraz bardziej zamerykanizowane. Zespół na tle osiągającej ogromną popularność za oceanem fali grunge, postanowił tworzyć muzykę brytyjską, co było słychać nawet w bardzo brytyjskiej manierze wokalnej. Zespół chciał tworzyć swoje brzmienie, co nie podobało się wytwórni, Food Rec.. Ponoć druga płyta, Modern Life is Rubbish, miała być ostatnią szansą zespołu...Jak dobrze, że Blur pozostał wierny swoim muzycznym ideałom, słyszymy przykładowo na genialnej "13". Jednak oddajmy po raz kolejny zasługi Coxonowi, bo to od niego zaczęły się zmiany. To on, zainspirowany amerykańskimi gitarzystami, działającymi pod egidą małych wytwórni, zachęcił kolegów do poszukiwań. Tak powstał świetny album Blur (1997). Odtąd zespół stał się prawdziwie alternatywny, zakończyła się tym samym era Britpopu. "Na koncerty zespołu przychodziły 14 letnie dziewczyny, zespół tego już nie wytrzymywał i zmiana kierunku uratowała grupę..." - tak sytuację podsumował Alex James.

Nowe brzmienie Blur

A propo Alexa Jamesa - "Glamouros" jak go nazwał Damon Albarn, zawsze wyluzowany, z nieodzownym papierosem (często palił go podczas całego koncertu). No Distance... pokazuje Alexa, który najbardziej korzystał z faktu bycia celebrytą. Nie ukrywał, że lubił życie muzyka rockowego, a zdjęcia pokazują litry wina, szampana i nie wiem czego jeszcze, kłębki dymu i uśmiechnięte dziewczęta nieopodal. Alex James wydawał się najmniej zmęczony popularnością, wręcz cieszył się nią, korzystał zeń. Dziś Alex prowadzi farmę agroturystyczną, ma żonę i gromadkę dzieciaków. No w czepku urodzony człowiek...

Alex i jego wybryki

Najtrudniejszy okres dla grupy to lata 1999-2002. Zaczął się wkradać powolny rozkład. Graham Coxon pił, nie pojawiał się na sesjach, albo pojawiał się agresywny. Wcale nie w lepszym nastroju byli pozostali. Dave Rowntree, przeżywający rockowy kryzys, pomyślał o karierze prawnika albo bankiera. Damon Albarn miał Gorillaz i był zmęczony całą sytuacją w Blur. Dave Rowntree: "Powiedzieliśmy władzom wytwórni, że muszą coś zrobić w sprawie Grahama, oni mu powiedzieli, ale nie było to to, co chcieliśmy żeby usłyszał, co tylko pogorszyło sytuację. Emocje wtedy kipiały. Pamiętam, że było wtedy dużo płaczu i był to nieprzyjemny czas" - wspominał, wzdychając perkusista Blur.

Dave o odejściu Grahama

Na No Distance... widać pewną ważną osobę w historii Blur (o której mało kto wie). To keyboardzistka, Diana Gutkind, która w latach 1995 - 2000 grała na klawiszach, podczas występów na żywo. Bez niej utwory takie jak "1992" czy "Battle" nie miały by szansy zabrzmieć w swojej pełnej okazałości. Była to jedna najdłużej z Blur grających muzyków na koncertach, innymi klawiszowcami grupy byli m. inn: Cara Tivey i Mike Smith.


Jak dobrze było zobaczyć na filmie całą czwórkę, ściskających się serdecznie przyjaciół, grających po latach znowu razem. Efektem triumfalnego powrotu grupy był znakomity koncert na Glastonbury w 2009 roku, gdzie działy się rzeczy magiczne: publiczność śpiewała długo słynny "Tender" a Damon Albarn płakał podczas "To The End". Dziś, w 2015 roku Blur są w przededniu wydania albumu "The Magic Whip". Zespół był w Polsce na Heineken Opener, nie mogłem tam być czego ogromnie żałuję. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę mój ulubiony zespół ostatniego 20 - lecia. A tymczasem, polecam ten mistrzowski dokument, No Distance Left To Run.

Magia na Glastonbury 2009

Marcin Bareła

24 marca 2015

Przypominamy: Madredeus - Antologia


Teraz coś z nieco innej beczki. Oglądałem jakiś czas temu film Wima Wendersa "Lisbon Story" z 1994. Obok historii próby stworzenia niemego filmu w sercu Portugalii, w tle można zobaczyć i usłyszeć Madredeus i ich muzykę. Madredeus to portugalski zespół, założony w 1985 roku i grający fado z odcieniem popowym i folkowym. Śpiewają, jak to w Portugalii, o losie, Bogu, oceanie przeznaczeniu, muzyka w odcieniach egzystencjalnych. Pierwszy album, "Os Dias da MadreDeus" nagrywali w prowizorycznej przestrzeni w Lizbonie, w piwnicy tuż pod linią tramwajową, dlatego sesje były bardzo męczące, co pięć minut bowiem górą przejeżdżał tramwaj. Pojawiały się kolejne płyty, ale zespół poza Portugalią pozostawał praktycznie nieznany. Dopiero udział w filmie Wima Wendersa, "Lisbon Story" (1994 rok) zmienił tę postać rzeczy. Pojawiły się propozycje koncertowe w Europie i poza nią (chociaż zespół był wcześniej w sąsiedniej Hiszpanii, czy Brazylii), płyty zaczęły się sprzedawać na całym świecie.

Madredeus tworzyło przez ostatnie 30 lat kilkunastu muzyków, jednak rdzeniem całości od zawsze było dwoje artystów: Pedro Ayres Magalhães - grający na gitarze klasycznej, twórca większości muzyki i współtwórca tekstów grupy, jej mózg oraz Teresa Salgueiro - dysponująca przepięknym sopranem wokalistka, serce i dusza projektu. Teresę zaproszono do zespołu po tym, jak w lokalnej kawiarni w Lizbonie śpiewała dla gości i zostałą usłyszana przez Magalhaesa. Była z zespołem do 2007 roku, by skupić się na solowej działalności (już kilka albumów na koncie). Dziś z pierwotnego składu Madredeus przetrwał tylko P. A. Magalhaes, a grupa tworzy dziś nieco współczesną wersję folk - fado, odchodząc od korzeni pierwotnej, głęboko melancholijnej twórczości na korzyść nieskażonej muzyki klasycznej i łagodnego popu.

Jestem w trakcie odsłuchiwania płyty Antologia z 2012 roku, czyli zbioru piosenek z lat 1987-2007. Faktycznie, przesłuchując piosenki można spostrzec, jak muzyka zespołu zmieniała się na przestrzeni lat, aczkolwiek niektóre płyty, głównie późniejsze, nie są w ogóle reprezentowane. Jeśli na początku twórczość skoncentrowana była na nieco bolesnym odcieniu Fado, tak później Madredeus przeszedł w stronę trochę radośniejszej twórczości, nadal jednak w tekstach traktując o tych samych tematach, co u zalążka. Zespół stworzył masę przepięknych melodii, a głos Teresy Salgueiro to czysty balsam na duszę. Czy może być lepsza promocja Portugalii na świat?

Posłuchaj:







Marcin Bareła