14 lipca 2014

Usłyszane: Badly Drawn Boy - The Hour of Bewilderbeast

Od dziś, jako nowy cykl, rozpoczynamy publikacje płyt, które ostatnio usłyszeliśmy w kolejności zupełnie przypadkowej. A ponieważ tych płyt już nieco się nazbierało, pora na pierwszą z nich.

Przedstawiam gościa, który nazywa się Damon Michael Gough, a tworzy pod oryginalną ksywą Badly Drawn Boy (źle narysowany chłopiec). Nazwę artysta wziął od telewizyjnego show Sam and his Magic Ball, a sam, zanim zajął się muzyką, tworzył okolicznościowe kartki z kolażami i rysunkami swego kuzyna.


Zajmiemy się pierwszą płytą BDB, The Hour of Bewilderbeast z roku 2000. Płytę kupiłem w ciemno, nie znając wcześniej kompletnie wykonawcy. Spodobał mi się kolaż na okładce:


A zawartość: niezwykle eklektyczna. Gough jest niezwykle uzdolniony, gra na większości instrumentów, jedynie zostawiając smyczki i dęciaki reszcie. Trudno naprawdę opisać, co słyszymy na albumie, bo jest dużo ogniskowego folku, są przepiękne ballady, ale jest też dużo postgrunge'u, a nawet szczypta hip-hopu! Przyznam szczerze, że gdyby Gough pozbył się kilku męczących utworów z obozu Nirvany, jak "Everybody's Stalking", czy "Another Pearl", byłoby znacznie równiej i nie trzeba by było przerzucać słabych kawałków. A tak jest aż 18 piosenek na albumie dobrym, który okrojony do 12 utworów byłby naprawdę genialny. Bo pierwsza połówka jest (bez wspomnianych wyżej kawałków) po prostu porywająca, aż do przepięknej ballady "Magic in the Air", gdzie następuje rozluźnienie i poziom z wybitnego spada do dobrego, a nawet przeciętnego. Stylistyka, jak wspomniałem, głównie folkowa, z domieszką mocniejszych brzmień pokroju Nirvany i Pearl Jam, ale jest też dużo harfy i rzadko używanej w muzyce popularnej waltorni, czyli coś co wygląda i brzmi jak poskręcana trąbka.

Płyta jest bardzo odważna, przygodowa i w przeważającej części nie można się nudzić, choć powinna być krótsza, bo zamiast niedosytu zostawia przesyt. Jak na artystę, który na koncertach obraża publiczność, potrafi przerwać koncert twierdząc, że jest znudzony, albo rzuca w widownię instrumentami to jest to naprawdę przystępna dla ucha "miła" porcja muzyki. Warto.







Wysłuchał: Marcin Bareła

5 marca 2014

Tomek Makowiecki - wywiad


Przedstawiam obiecany wywiad z Tomkiem Makowieckim, w ramach postscriptum do relacji z koncertu w Teatrze Małym w Tychach, 20 lutego. Dowiecie się między innymi: o jakim instrumencie marzy Tomek, w którym regionie świata płyta "Moizm" będzie promowana, oraz kto szedł do sklepu w trakcie dwutygodniowego pobytu zespołu na Kaszubach. Miłej lektury!

Marcin Bareła: Czy muzyka „Moizmu” to jest to brzmienie, którego szukałeś?

Tomasz Makowiecki: Szczerze mówiąc, jeszcze tego nie wiem. Ja się czuję, jakbym był cały czas w drodze. Na pewno jest to brzmienie, które jest dla mnie pełne na ten czas, i zapewne jak będę następne rzeczy robił, to poniekąd będę korzystał z tego, co mi się udało uzyskać. Jestem człowiekiem, który cały czas poszukuje i mam nadzieję, że będę długo poszukiwał.

- „Moizm” to muzyka eklektyczna, ale czy dobrym słowem – spójnikiem jest ambient?

T.M.: Trudno mi klasyfikować rzeczy, które sam robię. Nigdy tez nie byłem fanem klasyfikowania, bo jest to bardzo szerokie pojęcie. Ale w zasadzie tak, jest na tej płycie dużo przestrzeni, dużo czasu, więc można by ją nazwać ambientową, chociaż na koncertach jest dużo bardziej energetycznie.

- Część materiału powstawała między innymi w drewnianej chatce na Kaszubach.

T.M.: Tak, mieliśmy dwutygodniowy wyjazd na Kaszuby. W czwórkę zapakowaliśmy się do busa, wzięliśmy sprzęt, instrumenty i tam improwizowaliśmy. Była to i przygoda i potrzeba spędzenia ze sobą czasu. Był to taki typowo męski wyjazd i bardzo go miło wspominam, a zorganizowaliśmy ten wyjazd z tego względu, że mieliśmy przerwę w graniu ze sobą. To są chłopaki, których znam od wielu lat, gram z nimi nadal, choć wcześniej nasze drogi się na moment rozeszły. Ja się zaangażowałem w swoje projekty, chłopaki grali z Marią Peszek, i przyszedł taki czas, że zdzwoniliśmy się i stwierdziliśmy, że musimy znowu coś razem zrobić. Stąd ten wyjazd, który był fantastycznym czasem, bo wytworzyła się swoista chemia, gdyż oprócz tego że muzycznie wszystko poszło w fajną stronę, to zintegrowaliśmy się ze sobą. W naszym przypadku pięciu chłopa, na wyjeździe trzeba coś zjeść, pójść do sklepu i tak dalej i okazało się, że jesteśmy bardzo zgraną paczką. Pierwszy wstawał Olek Świerkot, szedł biegać, wracał ze sklepu ze śniadaniem, potem wstawałem ja i przygotowywałem to śniadanie. Ostatni zmywał. Więc taka sztafeta, tylko bez podziałów i ustaleń, wyniknęło to naturalnie. Ten wyjazd dużo nam dał, pozwolił wrócić do siebie. I to procentuje, bo na scenie mamy do siebie pełne zaufanie i to jest bardzo istotne.

- Na płycie słychać wpływy przyrody . Rozumiem, że między lasem i betonem wybierasz las?

T.M.: Oczywiście zdecydowanie wybieram las, ale to jest zabawne, bo czasem po koncercie o 1 w nocy pada pytanie: jesteś las czy beton? Odpowiadam beton (śmiech).

- Odszedłeś od gitar na rzecz instrumentów klawiszowych, podobno marzy Ci się fortepian. Czy będziesz dalej się wgłębiał w klawiszowy świat i będziesz to pokazywał na płytach?

T.M.: Fortepian w domu jest moim marzeniem. Choć na płycie faktycznie zacząłem bawić się syntezatorami różnej maści, zazwyczaj starymi analogami. Zaczęło mnie kręcić to, że możesz swoje brzmienia kreować, i to w niezliczonej ilości. W zasadzie to nie jest tak, że uciekamy od gitar. W wersjach live tych gitar jest trochę więcej i będziemy je wykorzystywać, natomiast bazowo zostaniemy przy klawiszach. Niemniej jednak będziemy nadal eksperymentować z instrumentami. Często chodzę z dyktafonem, tak jak ty i nagrywam dźwięki z zewnątrz, które potem wrzucamy w sampler…

- Na przykład świerszcze, rozumiem że nagrałeś je na Kaszubach?

T.M.: Akurat świerszcze pod domem w Sopocie.

- Czyli wszystko może się przydać do utworu.

T.M.: Tak, ale na płycie jest więcej takich niespodzianek, czasem trzeba kilkukrotnie przesłuchać, żeby odkryć, że się tam dzieje coś ciekawego, czy niepokojącego. Mieliśmy takie momenty, podczas nagrań, gdy nagrywaliśmy bębny, przeszkadzajki do płyty, wtedy Kuba brał ipoda ze słuchawkami, puszczał podkład, a ja go wysyłałem w pole z bębnem z dwoma mikrofonami na takich 60 metrowych kablach. Więc nagrywaliśmy o 5 rano jakieś bębny w polu w przestrzeniach, których się nie da uzyskać w normalnych warunkach i naprawdę bawiliśmy się tym.

- Lata 80. Czy jesteś zafascynowany muzyką tych lat, czy instrumentami tych lat? Bo masz instrumenty, które pochodzą z tego okresu?

T.M.: Chyba instrumentami, chociaż jest coś takiego, że jak siadam do tych instrumentów i zaczynam się bawić brzmieniem, to zaczynają mi się przypominać różne rzeczy które znam, które pamiętam i darzę sentymentem. Natomiast ta płyta („Moizm”, przyp. aut.) nie jest z lat 80. To jest płyta, która tylko brzmieniowo może nawiązywać do tego okresu, natomiast to jest zbyt duży miszmasz, by tak określić całość.

- Chcecie wydać „Moizm” za granicą. Jak wygląda ten proces i na czym polega?

T.M.: Tak samo, jak proces wydawania płyty w Polsce. Zwyczajnie mam listę adresową wydawnictw i staramy się działać, żeby do nich dotrzeć. Z tym że nie są to duże wytwornie, tylko mniejsze, które mają pokrewny katalog muzyczny.

- To są zaprzyjaźnione wytwórnie, czy wytwórnie, których sami szukacie?

T.M.: Wytwórnie których szukamy, na przeróżne sposoby. Często z polecenia zespołów, które już te płyty wydają, np. w Niemczech. Akurat, jeżeli chodzi o azjatycki rynek, np. Japonię, ja miałem okazję tam być i grać, więc tam mam już trochę szlaki przetarte. Jest to co prawda hermetyczny, ale bardzo duży rynek.

- Myślę, że w Skandynawii takie klimaty mogły by się spodobać.

T.M.: Skandynawia, ale też Francja. Ja jestem fanem muzyki francuskiej i myślę, że ta płyta ma w sobie taki frencz touch, sam słyszałem takie opinie, że faktycznie jest trochę inspiracji muzyką francuską na tej płycie, co mnie bardzo cieszy.

- Co z grupą No! No! No!, którą współtworzyłeś?

T.M.: Obecnie i Przemek Myszor z Wojtkiem Powagą, i ja jesteśmy mocno zaangażowani w swoje projekty. Oni w Myslovitz, ja z kolei w swoją płytę. Chyba musi przyjść taki moment, że po prostu spotkamy sie, zatęsknimy za sobą i stwierdzimy: pociągnijmy ten temat.

-Może kolejne spotkanie w chacie na Kaszubach?


T.M.: Z chłopakami akurat prędzej w górach (śmiech)

- Najbliższe Twoje plany?

T.M.: Przede wszystkim koncerty po Polsce, latem zaczynają się festiwale, na których mam nadzieję będziemy mieli przyjemność zagrać. Powoli zaczynam zastanawiać się nad kolejnym wydawnictwem. I myślę, że w marcu możemy zacząć coś zrobić pod tym kątem.

- Czego należy życzyć Tomaszowi Makowieckiemu na najbliższy czas?

T.M.: Dużo energii, kreatywności i spokoju.

- Właśnie tego życzymy, dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał: Marcin Bareła

1 marca 2014

Tomek Makowiecki - koncert w Teatrze Małym w Tychach


To był absolutnie magiczny wieczór w Teatrze Małym w Tychach w czwartek, 20 lutego. Koncert Tomka Makowieckiego zapamiętam jako jedno z najbardziej transowych przeżyć w moim życiu. I pomyśleć, że to ten sam człowiek, który jeszcze kilka lat temu śpiewał piosenki dla nastolatków...

Tomasz Makowiecki przeszedł niewiarygodne przeobrażenie z artysty post-idolowego, do artysty niezależnego i nietuzinkowego. Jego najnowsza płyta "Moizm" (zobacz recenzję)opiera się przed umieszczeniem na jedną stylistyczną półkę, a brzmienie dramatycznie odbiega od tego, które artysta dotychczas pokazywał światu. Sam przyznawał, że w muzyce szukał przede wszystkim minimalizmu.

Tomasz Makowiecki od poprzednich wcieleń muzycznych odciął się na tyle, że na koncertach gra wyłącznie materiał z płyty "Moizm", oraz dwa covery: "Ciało" Obywatela GC i "Pump It Up" grupy Technotronic. Nie ma żadnej kalkulacji, żadnych zabaw w to, w jakiej kolejności grać piosenki. Zaczyna, jak na płycie, od na żywo mocno improwizowanego "Dziecka księżyca" (genialny udział Józefa Skrzeka), kończy na "Na szlaku nocnych niedopałków". To jedyna koncertowa zmiana, gdyż ten utwór znajduje się na albumie pod numerem 6. Ale nic dziwnego, skoro Ostatni brzeg II zostawia porcję muzycznej furii, którą artysta delikatnie rozładowuje najpiękniejszą balladą na płycie.


Wszystko kończy się wspomnianymi coverami, zagranymi zmysłowo i z przytupem. Koncert, nagrodzonymi gromkimi brawami, pozostawia niedosyt, gdyż człowiek wprowadzony w trans nie posiada poczucia czasu. Wszystko trwa za krótko, ale zaraz - przecież występ, trwał niemal dwie godziny!


Warto, jeżeli będzie jeszcze okazja, bo właśnie zakończyła się trasa 13x13, wybrać się na koncert Tomka Makowieckiego w ramach "Moizmu". Jest to faktycznie przeżycie niemal duchowe, chociaż nadal zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało w klubie, przy barierkach. Bo widziałem na zdjęciach, że na poprzednich koncertach działo się...No nic, może jeszcze będzie okazja sprawdzić.


Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła
PS: W poniedziałek ekskluzywny wywiad z artystą!
AKTUALIZACJA: Wciąż czekam na autoryzację wywiadu, proszę jeszcze o chwilę cierpliwości!

22 stycznia 2014

Skaldowie - Koncert Sylwestrowy w Centrum Kultury Katowice


Jacek Zieliński chętnie robił z fanami zdjęcia


31 grudnia miał miejsce, w Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek w Katowicach, koncert zespołu Skaldowie w ramach Gali Sylwestrowej. Po raz drugi miałem przyjemność posłuchać Skaldów na żywo, ale po raz pierwszy w tak dobrych akustycznie warunkach. Sala koncertowa CKK zapełniła się do ostatniego miejsca słuchaczami.

Skaldowie to jeden z moich ulubionych polskich zespołów. Nie tylko stworzyli cały katalog znakomitych piosenek, ale także stali się największymi promotorami góralskiego folkloru, skutecznie wplatając elementy podhalańskie do swoich genialnych piosenek. To oni, wespół z Czesławem Niemenem, zaczęli eksperymentować z muzyką rockową, tworząc polski rock progresywny. Skaldowie wpisali się też w historię polskiego rocka, tworząc piosenki z wykorzystaniem orkiestry symfonicznej. To wszystko składa się na geniusz Skaldów, a współpraca kompozytorska braci Zielińskich dała grunt wielu wybitnym piosenkom.

W Katowicach było wszystko to, z czego znani są Skaldowie: piękne nagrania, okraszone folklorem podhalańskim. Nie było piosenek z ich bardziej eksperymentalnych płyt, ale to akurat nie dziwi, w końcu liczyła się dobra zabawa przy znanych i lubianych piosenkach. Usłyszeliśmy między innymi utwory: "Będzie Kolęda", "Medytacje wiejskiego listonosza", "Cała jesteś w skowronkach" "Prześliczna wiolonczelistka", "Na wirsycku", "Wierniejsza od marzenia", "26 marzenie", "Z kopyta kulig rwie", oraz rzadko wykonywaną piosenkę "Dziś prawdziwych cyganów już nie ma". Skaldom towarzyszyli aktorzy teatralni: Maciej Półtorak, Mikołaj Król, oraz w chórkach Marta Florek i jedna z córek Jacka Zielińskiego - Gabriela. Ten damski chórek był po prostu genialny.

Muzycy wspominali Katowice z humorem. We wspomnieniach przeplatał się Stary Dworzec Kolejowy i ówczesny Hotel Centralny gdzie - były bardzo dobre parówki, a szczególnie woda spod parówek - żartował Jacek Zieliński. Maciej Półtorak pytał o wpływy góralskie pochodzącego z Krakowa zespołu: - Urodziliśmy się w Krakowie ale nasza mama pochodzi z Zakopanego, czyli spod samiuśkich Tater, myśmy tam jeździli na ferie, wakacje, święta i tam nasłuchaliśmy się tych góralskich śpiewów, i to gdzieś w nas wlazło i potem wylazło - wspominał Jacek Zieliński. Maciej Półtorak pytał dalej: - Ale te skale góralskie to trzeba mieć w duszy... - No cóż, kilku kompozytorów zajmowało się przede mną tym tematem, między innymi Karol Szymanowski - dodał Andrzej Zieliński.

Na koncert przybyło głównie starsze pokolenie, jednak nie brakowało ludzi między 20 a 30 rokiem życia. Dla zespołu najmilsze było jednak na pewno to, że sala kipiała od ludzi. Tak się składa że Skaldowie, w tym roku kończą 49 rok działalności, co jest samo w sobie fenomenem. Jacek Zieliński zapytany kiedyś, jaka jest recepta na tak długie granie razem, odpowiedział po prostu: - Trzeba się przede wszystkim dobrać charakterami. Pozostaje tylko pogratulować i życzyć zdrowia i siły do grania. Jak widać słuchaczy nadal nie brakuje.

Marcin Bareła

21 stycznia 2014

Recenzja: Edyta Bartosiewicz - Renovatio


Edyta ostatecznie wróciła. Ten powrót był tak długo zapowiadany i tyle razy przekładany, że ostatecznie straciłem nieco zapał, czekając na nowe piosenki. Myślałem - będzie to będzie, i zwyczajnie zajmowałem się innymi sprawami. Kiedy ostatecznie album "Renovatio" się pojawił - nie szalałem jak przystało na wiernego fana Edyty. Płytę przesłuchałem dopiero teraz.

W moim przypadku potwierdza się pewne mądre zdanie: nie nastawiaj się! No bo przecież po tak długiej przerwie i tak mozolnym dopieszczaniu materiału myślałem, że Edyta wyda co najmniej bardzo dobrą płytę. I "Renovatio" takową by była, gdyby nie fakt, że jest jakościowo nierówna, przy czym druga połowa jest znacznie lepsza, dlatego jest tylko dobrze. Gdyby wywalić zwyczajnie nudne kawałki: "Renovatio", "Rozbitkowie", "Zbłąkany Anioł" i "Niewinność 2013", pozostawiając pozostałe, byłoby krótko, ale znacznie lepiej.

Edyta pozostała w stylistyce popowej i dobrze, chociaż niektóre piosenki są zbyt wygładzone. Taka "Italiano" kończy się świetną partią dętą, a słychać je dobrze dopiero na słuchawkach. Dopiero od zaskakującej, mocno bitowej pieśni "Cień" płyta rozkręca się. Dalej jest już tylko dobrze. Od kominkowej "Madame Bijou" bije gitarowe ciepło, jedna z lepszych ballad Edyty. I wreszcie docieramy do najlepszych dwóch kawałków - "Żołnierzyk" i "Orkiestra tamtych dni". To - jak to mówią Anglicy - vintage Edyta, w najwyższej kompozytorskiej formie. Ta druga - jeśli się dobrze wsłuchać - kołysze w refrenie delikatnym akordeonem, a bas wprowadza w funkowy nastrój. Całość wieńczy przepiękna balladowa suita "Tam dokąd zmierzasz" z bajecznymi partiami klawiszy.

Dobrze, że te lepsze piosenki Edyta zostawiła na drugą część albumu, dzięki temu zamiast obojętności jest radość słuchania. Znakomita artystka nadal tworzy piękne, wzruszające piosenki jak kiedyś. Myślę, że skoro wreszcie mamy nową płytę, kolejne piosenki powinny pojawić się już zdecydowanie szybciej. Będę czekał.

Ocena: 6/10
Wystawił: Marcin Bareła




18 stycznia 2014

Makowiecki - Moizm


Na początku pewna spowiedź: otóż nigdy przedtem nie byłem fanem twórczości Tomasza Makowieckiego. Obok wcześniejszych piosenek typu "Miasto kobiet" moje uszy przechodziły co najwyżej obojętnie. Nie przekonała mnie także płyta "Ostatnie wspólne zdjęcie". Nawrócenie przyszło, kiedy usłyszałem na antenie Trójki piosenkę "Na szlaku nocnych niedopałków". Wtedy już wiedziałem, że chcę mieć najnowszą płytę Makowieckiego (nie obrażając, ale taki jest obecnie oficjalny profil artysty), "Moizm".

Materiał powstawał trzy lata, może dlatego jest to tak spójna płyta pasujących do siebie i nawzajem wypełniających się piosenek. Makowiecki szukał inspiracji między innymi w drewnianym domku na Kaszubach, stąd brzmienie płyty przypomina sielskie letnie popołudnie. Nie było presji czasu, ani wytycznych wytwórni; muzyka powstała w wielu, często przypadkowych miejscach, a materiał nierzadko pochodzi z wielogodzinnego "jammowania", wraz z kolegami z zespołu. Gościnnie zagrali na "Moizmie" Józef Skrzek i Daniel Bloom.

Ten album jest kolejnym dowodem wpływu lat 80. na współczesną muzykę alternatywną i elektroniczną. Wśród instrumentów znalazł się między innymi bardzo modny wtedy syntezator mooga, którego artysta kupił od pewnego muzyka. Skład elektronicznych zabawek, które swoimi dźwiękami urozmaicają "Moizm" wypełniają też kultowy mellotron i wszelkie przeszkadzajki. Stąd, mimo sporej spójności stylistycznej, słuchanie jest specyficzną dźwiękową przygodą, w której żywe instrumenty mieszają się z często nieziemskimi dźwiękami syntezatorów.

Przeważają piosenki z pogranicza elektroniki/downtempo, chociaż jest także mocno taneczny kawałek w postaci singlowego "Holidays in Rome" i kapitalny, trip-hopowy "Ostatni brzeg II" z fantastyczną solówką gitarową i gościnnym udziałem Władysława Komendarka. Artysta wspominał o inspiracjach muzyką francuską (Serge Gainsbourg), ale ogólnie ciągle mam przed oczami, słuchając "Moizmu", skandynawską grupę Royksopp.

Tomaszowi Makowieckiemu trzeba pogratulować odwagi pójścia w swoją stronę. W wywiadach sam przyznawał, że szukał spokoju, minimalizmu w muzyce, i poszukiwania te skutecznie oddał w postaci przestrzennych, klimatycznych piosenek, które na albumie wciągają i wypełniają od pierwszego, do ostatniego utworu. Znakomita płyta!

Ocena: 9/10
Wystawił: Marcin Bareła






15 stycznia 2014

Mela Koteluk - MegaClub Katowice, 15.12.2013


Po raz drugi pojechałem na koncert Meli Koteluk. Artystka przekonała mnie świetnym koncertem w ramach Dni Sosnowca z czerwca 2013. I w tym przypadku było znakomicie, jednak do samego MegaClubu chyba nigdy w 100% się nie przekonam.


Miałbym jak najlepsze wspomnienia z koncertu Meli w Katowicach, gdyby nie występ tzw. supportu, czyli (znanego skądinąd) zespołu Ms. No One. Ów zespół, najwyraźniej w jakiejś głębokiej depresji, daj jeden z najgorszych koncertów świata, w którym nie było krzty ładu i składu. Chyba najlepszym komentarzem były bardzo skromne oklaski po ostatnim utworze. Generalnie nie zapamiętałem z tego koncertu (oprócz bezsensownego hałasu) nic.

Gdy pojawiła się Mela, nastrój powoli zaczął się poprawiać. Jak zwykle zaczęła od długiego intro, by płynnie przejść w repertuar z płyty "Spadochron". Wśród piosenek była jedna kompletnie nowa, mały kąsek zapowiadający drugi album. Artystka zaskoczyła ciekawą interpretacją "Teardrop" z repertuaru Massive Attack i "What Else is There" Royksopp. Była też jej, doskonała zresztą, wersja "Jej ukochanych" Skaldów, z piosenką "Będzie Kolęda".

Występ był urozmaicony wizualizacjami, przedstawiającymi motywy przyrody, pojawił się bajecznie piękny teledysk do piosenki To Trop, ale mniej więcej w połowie koncertu płótno, oddzielające scenę i płytę zostało zerwane i można było przyglądać się muzykom do woli.


Warto na koniec podkreślić, że Mela, jak sama stwierdziła, darzy Katowice szczególną sympatią, bo właśnie tutaj zaczynała i zakończyła trasę, związaną z jej debiutancką płytą "Spadochron". Muzycznie było niemal doskonale, chociaż podczas prezentacji solówek, widać było zmęczenie składu, co zupełnie naturalne po takiej trasie. Dlatego, życząc dużo odpoczynku artystom, życzę im także na 2014 rok inspiracji na kolejne nietuzinkowe piosenki. A Melę Koteluk, z pomocą tego bloga, pozdrawiam!



Tekst: Marcin Bareła, zdjęcia: Sławomir Kruk