27 kwietnia 2016
Recenzja: Mikromusic - "Matka i Żony"
Przed napisaniem niniejszego tekstu, z czystej ciekawości wertowałem recenzje kolejnej propozycji Mikromusic, o dosyć enigmatycznym tytule, "Matka i żony". Pojawiały się określenia o albumie "ciepłym", "pełnym energii", "żywszym brzmieniowo". Wybaczcie, ale mamy przed sobą na pewno najbardziej przytłaczający materiał w dyskografii Mikromusic, a może i jeden z bardziej mrocznych albumów w dziejach polskiej fonografii. Przytłaczający i w całym swoim pięknie dający sporo do myślenia. Kilka utworów wybrzmiewa w filmie "Chemia" w reżyserii Bartosza Prokopowicza, gdzie przewija się m.in. choroba nowotworowa. To pewien trop.
Z zestawu XI piosenek poprosimy o wystąpienie pieśni "Zakopolo". Owszem - jest to "żywy", prawie punkowy kawałek, ale gdzie tam panie ciepło i dobre wibracje. Od początku bardzo cenię i szanuję Natalię Grosiak za artystyczną szczerość i wyraźne unikanie kompromisów. Natalia zgrabnie, ale dosadnie opisuje zwłaszcza to, co doprowadza ją do białej gorączki, albo zwyczajnej zadumy. "Zakopolo" jest genialną próbą zareagowania na to, co artystka widzi i doświadcza: "...Na węgiel zgrillowanych ciał, martwych trucheł z śmierci farm, sztucznych zębów, cycków, ust...". Na myśl przychodzi mi odruchowo pamiętna "Niemiłość", ale o ile wtedy wszystko było trochę z przymrużeniem oka, tutaj wydaje się już całkiem na poważnie.
Nie ma pocieszenia w pozostałych utworach, które głownie traktują o...śmierci. Kiedyś Ballady i Romanse, czyli siostry Wrońskie stworzyły album, który opowiadał między innymi o starości, a na okładce przedstawiał postać otoczoną przez muchy. Dziś Mikromusic proponuje trudne skądinąd piosenki, wydane na krążku ukrytym w czerwonej (od razu jakoś skojarzenie z krwią) książeczce z rozmytą postacią kobiecą na przedzie. Trudno oczywiście porównywać kabaretowe Ballady i Romanse z Mikromusic, ale pewna nić wiążąca jednak jest. Cóż - widać przemijanie to temat zawsze uniwersalny. Ale jeśli poprzedni album Mikromusic "Piękny Koniec" miał nieco luźniejszą formę i dawał wytchnienie ("Sopot", "Zostań tak"), tak "Matka i żony" jest jedną spójną całością, gdzie skończyły się żarty.
Bardzo dużo jest tutaj symboliki. Utwór "Krystyno" poprzez obrazy niedoszłej uroczystości ślubnej przypomina mi słynny film "Absolwent" Mika Nicholsa, gdzie Dustin Hoffmann w ostatniej chwili "odbija" ukochaną kobietę sprzed ołtarza. "Kostucha" tytułem z pozoru tłumaczy wszystko, ale odnoszę wrażenie że Natalia napisała ten utwór jako przepiękną metaforę narodzin: "W innym świecie spałaś, ja stamtąd zabrałam, obudziłam cię". Mocno nie pasuje do tej koncepcyjnej płyty "Lato 1996", silnie sentymentalny kawałek, który przenosi w czasy namiotowych wypadów i tanich win, pitych na zdezelowanych przystankach. Jest to jednakowoż utwór kapitalny, wspaniale zagrany na fortepian i bas. Wszystko oplecione jak zwykle bajkowymi chórkami Natalii Grosiak.
Spójnikiem muzycznym albumu jest umiarkowanie - wszyscy, a szczególnie pianista Robert Jarmużek robią swoje, ale raczej nie wychylają się specjalnie. Na pewno dobrze słychać bas Roberta Szydło i gitarową wszechstronność Dawida Korbaczyńskiego. O tym, że wokal Natalii rozkłada, to już wręcz nie trzeba przypominać. Brzmieniowo zespół odszedł na dobre od stylistyki okołojazzowej, okazjonalnie eksperymentując w zamian z czymś w rodzaju alt-folk/country. Na pewno trudno tutaj o "przebój" (chociaż potencjał ma "Po co ja tu jestem"), propozycja jest raczej ciężkostrawna, ale nie było dotąd tak spójnego albumu u Mikromusic. Całość ma swój koniec, początek i sens.
Ocena: 7/10
Marcin Bareła
Posłuchaj:
18 kwietnia 2016
Wygrzebane: Emiliana Torrini - Me and Armini
Kolejną przypominajką muzyczną, regularnie prezentowaną na tym blogu, jest Islandka Emiliana Torrini i jej album z 2009 roku, "Me and Armini". Jest to mój pierwszy raz z tą panią i muszę przyznać, że kupiona trochę w ciemno płyta to mój obecny faworyt, zaraz po Nilsie Frahmie i jego "Felt"...
Słucha się całości z prawdziwą rozkoszą, a to między innymi zasługa fantastycznie dźwięcznemu głosowi pani Torrini. Swym mięciutkim wokalem wydaje się ślizgać po skalach i barwach, mam wręcz niewytłumaczalne wrażenie, że artystka...nie śpiewa, że jej dziewczęcy głos jak gdyby wydobywa się sam, a poprzez swoją lekkość wydaje się być osobnym i niezależnym bytem...
Dobre są tutaj teksty. Mimo, że temat uczuć jest stary i znany od zawsze, pani Emiliana nie stara się brnąć w banał, zamiast tego wdzięcznie opowiada historie nieabstrakcyjne, lecz przyziemne. Miłość może boleć - "Heard It All Before", ale częściej uskrzydla i daje ukojenie - "Jungle Drum". Znakomicie Islandka oddaje emocje swoim akrobatycznym wokalem, ból jak na dłoni słychać w smutnej piosence o nieszczęśliwej miłości "Hold Heart". W "Gun" z kolei jest wręcz groźna, a w "Jungle Drum" zadziorna, jakby chciała powiedzieć: "ja tu rządzę!" Dla przeciwwagi piękną adorację przyrody proponuje Torrini w znakomitym "Birds". Ptaki są nieoficjalnym motywem przewodnim całej płyty, ozdabiają bowiem także wkładkę i przewijają się między wydrukowanymi tekstami piosenek. A narysował je - całkiem przyzwoicie - niejaki Philip Laslett.
Bardzo pasuje akustyczne brzmienie "Me and Armini" do wspomnianego wokalu Emiliany, całość wzajemnie się uzupełnia i wymienia, niczym mistrzowska sztafeta, albo doskonale współpracująca orkiestra. Artyści z Islandii zawsze tworzą swój specyficzny, intymny klimat, ale tutaj słychać wpływy takich wykonawców, jak Flunk, Iron and Wine czy Kate Melua. Piecza producencka nad "Me and Armini" to zasługa Dana Carey'a, który jest również współautorem kompozycji na płycie. Ja jestem już podrażniony i zamierzam wgłębiać się w kolejne propozycje Emiliany Torrini.
Marcin Bareła
Posłuchaj:
23 marca 2016
Wilco w Polsce!
To jedna z najlepszych muzycznych wiadomości całego roku: 26 czerwca na koncercie pojawi się Wilco - moim zdaniem najlepszy współczesny twór amerykańskiego alternatywnego grania. Zespół, którego trzon stanowią kompozytor większości materiału, gitarzysta i tekściarz Jeff Tweedy i basista John Stirratt. Duma Chicago, kapela o mocno countrowych korzeniach przyjedzie na jedyny koncert do kraju, co jest ogromnym sukcesem organizatorów białostockiego Halfway Festival/W Połowie Drogi, który odbędzie się w dniach 24-26 czerwca.
Wilco, nazywany również "najlepiej strzeżonym sekretem Ameryki" to także jeden z lepszych zespołów koncertowych. Występy urozmaicone są popisami gitarowymi Nelsa Cline'a, czasem zaskakująco dobrze zaśpiewa John Stirratt, albo grupa postanowi znienacka wydłużyć oryginalny utwór o kilka minut improwizowanym, szalonym jammem. Dodajmy pełen profesjonalizm całej szóstki, co w całości daje fascynującą mieszankę.
Płyty Wilco są przekrojowe, jednak utrzymują charakter kapeli, jak naleciałości country, "ślizgająca" gitara Nelsa Cline'a, melodyjny bas Johna Stirratta czy wreszcie ochrypły, lennonowski wokal Jeffa Tweedy. Ja przepadam za eksperymentalnym, mocnym ale i przebojowym albumem "A Ghost Is Born", w którym pianino pojawiło się - po raz pierwszy i ostatni - na pierwszym planie. Album odzwierciedlał po części wówczas niestabilny stan emocjonalny Jeffa Tweedy. Niejako wręcz kocią sympatią darzę pogodny i łagodny "Sky Blue Sky". To tutaj zespół pokazał się "ze zwyczajnej" strony, dając fanom oddech od eksperymentu i proponując dawkę solidnego pop-rocka, także dzieląc się po równo kompozytorskimi obowiązkami, w przeciwieństwie do poprzedników.
Ciekawa historia wiąże się z kultowym "Yankee Hotel Foxtrot". Otóż wytwórnia Reprise, córka wielkiego Warnera Music Group odrzuciła materiał, uznając go za mało przebojowy. Wilco zatem zrezygnowało z Reprise, otrzymało prawa do "YHF" za darmo i przeszło do oficyny Nonesuch Rec., należącej do...Warnera. Tak więc dziwaczne koło ostatecznie się zamknęło.
Ostatnie dwa albumy Wilco ukazały się pod patronatem i dzięki uprzejmości oficyny należącej do samego zespołu, dBpm. Te dwie płyty pokazują kolejny raz niezmordowanego Jeffa Tweedy jako kompozytora prawie całości materiału. "Star Wars", najświeższa propozycja sekstetu była o tyle zaskakująca, że Wilco udostępniło całość za darmo w internecie, bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Płyta przedstawia mocno przesterowany gitarowy materiał, z tekstami traktującymi między innymi o próbie radzenia sobie z przeciwnościami losu (żona Jeffa walczy obecnie z rakiem). Ponoć wiecznie płodny Tweedy ma materiał na kolejny album. Czekamy zatem cierpliwie...
PS: Na Halfway Festival w Białymstoku wystąpią także: ACollective, Ane Brun, COLDAIR, Destroyer, Eivør, GIANT SAND, Ilya, Julia Marcell, MAMMÚT, ODD HUGO. Szczegóły na: http://www.halfwayfestival.com/
Zapraszamy!
Marcin Bareła
9 marca 2016
Przypominamy: Broken Social Scene
W ramach stałego cyklu "Przypominamy", przedstawiam trzeci album w katalogu kanadyjskiego kolektywu Broken Social Scene, o tym samym tytule. Płyta ukazała się w 2005 roku i musiało sporo wody w Wiśle upłynąć, bym w końcu i ja stał się jej pełnoprawnym posiadaczem. Ciekawostką jest, że kanadyjska grupa jest bardzo trudno dostępna (a wcale nie ustępuje poziomem powszechnie uznanej Arcade Fire) na półkach nawet w dobrych sklepach muzycznych i to w samej Wielkiej Brytanii. W bardzo popularnej sieci sklepów HMV usłyszałem, że "nie prowadzimy dystrybucji płyt zespołu Broken Social Scene"...
Pamiętam pierwsze przesłuchanie BSS, kiedy Grzegorz Hoffman prezentował w Trójce utwór "Sweetest Kill" z płyty Forgivness Rock Record (2011 rok). Nie o tej płycie jednak teraz rozprawiam, a o poprzedniczce, z roku 2005. W książeczce wewnątrz płyty możemy znaleźć skład BSS. Jest tam aż 17 "regularnych" nazwisk plus 4 nazwiska gości, co razem daje 21 osób, czym Kanadyjczycy mogliby chyba wejść do Księgi Guinessa.
Płyta, zatytułowana tak samo, jak zespół przynosi aż 14 utworów, a całość w swoją producencką pieczę objął David Newfeld, odpowiedzialny również za poprzednią, znakomitą płytę Kanadyjczyków "You Forgot It In People". Piosenki prezentują przekrojową stylistykę, nosząc nawet echa ambientowych początków supergrupy w kapitalnym, wakacyjnym i medytacyjnym "Bandwitch", aż po post rock. Typowe kawałki BSS mają wspólną cechę: rozpoczynają się niewinnie, budują napięcie, by w którymś momencie wybuchnąć często falą zniekształconych gitar i poszarpanych, zdartych głosów. Tak jest na przykład w "7/4 (Shoreline)" czy w kapitalnym, "It's All Gonna Break". Słychać echa (poprzez wrażenie ściany dźwięku) tzw. shoegazingu, a czasem wręcz post-punkową energię.
Nie jest to jednak tylko zniekształcenie gitar i rozmycie wokali, kawałki zaskakują złożonością, jak "Ibi Dreams of Pavement (a Better Day)", które wieńczy narastająca partia trąbek i puzonów. Mistrzowsko wypada Major Label Debut, z leniwymi partiami akustyka, śpiewanymi od niechcenia wokalem i smugami skrzypiec przeplatającymi się to tu to tam. To jednak tylko przystawka, bo prawdziwy deser to "Swimmers". Zniewalający wokal Emily Haines, miarowe bębny i te sielskie puzony. Doskonałe połączenie głosu i instrumentu, i do tego refleksyjny tekst.
Nie mogło być lepszego zakończenia płyty, niż wybitny utwór "It's All Gonna Break". Wielowymiarowy kawałek, trwa prawie 10 minut, co chwila zwalnia i przyspiesza, miesza stylistyki. Zbierająca się energia wybucha siłą puzonów i trąbek, aż tu nagle bum - pieśń przeistacza się w chaotyczną kakofonię wszystkich możliwych instrumentów, w czym bardzo dobry jest wspomniany na początku producent i człowiek wielkiego, "szalonego" ucha, David Newfeld. Dodajmy dramatyczny śpiew Kevina Drew, który rozpacza: - dlaczego zawsze jesteś pierdolonym duchem...Kawałek trwa i trwa a wyciszanie wydaje się nigdy nie nastąpić.
Zachęcam do zapoznania się z całą dyskrografią zespołu: "Feel Good Lost", "You Forgot It In People", "Broken Social Scene", "Forgiveness Rock Record".
Posłuchaj:
16 lutego 2016
Przeczytane: Kate Bush - The Biography
Po raz pierwszy na tym blogu przedstawiam recenzję książki - przypadek sprawił, że jest to wydawnictwo Roba Jovanovica, "Kate Bush - The Biography". Kate Bush to artystka, którą darzyłem szczególnym szacunkiem od kiedy pamiętam. Wokalistka, kompozytorka, pianistka i producentka tworzy od prawie już 40 lat, ale o samym życiu artystki wiem do tej pory niewiele, dlatego z wielką ciekawością sięgnąłem po niniejszą lekturę. Czy dowiedziałem się czegoś nowego?
Nie do końca. Rob Jovanovic pisze jednakowoż lekko, zrozumiale i treściwie. Nie ma - na szczęście - makaronowych opisów dzieciństwa Kate, łącznie z pobytem w szkole. Owszem - dowiadujemy się że już we wczesnych latach szkolnych Kate była bardzo nieśmiała i trzymała się z dala od większości, ale że miała swój "krąg" przyjaciół, który regularnie odwiedzał ją na rodzinnej farmie, niedaleko Londynu. Ojciec, Robert pisał muzykę, nawet sprzedał swoje kompozycje celem sfinalizowania pierścionka zaręczynowego dla przyszłej żony i mamy Kate - Hannah, która była tancerką folkową. Bracia - Patrick "Paddy" i John to odpowiednio fotograf i skrzypek. Czy dla młodziutkiej, niezwykle nieśmiałej i wrażliwej Kate, przesiąkniętej od początku twórczym duchem, przeznaczeniem była inna droga, niż wyłącznie artystyczna?
Trzeba podkreślić, że - zgodnie z książką Jovanovica - Kate miała niezwykle ciepłą, pełną wsparcia rodzinę. To ojciec przybliżył małej Kate tajniki grania na pianinie, chętnie wysłuchiwał także początkowe brzdąkania córki na domowym pianinie. Po miesiącach ćwiczeń przyszły pierwsze efekty - w wieku 11 lat mała Kate zaczęła komponować pierwsze mini - kompozycje. Jedną z pierwszych - co prawda w wersji mocno amatorskiej - była późniejsza "A Man With a Child In His Eyes"...
Od kiedy materiałem demo Kate zainteresował się przyjaciel przyjaciela brata Johna - David Gilmour - wszystko ruszyło z kopyta. Kate w roku 1973 miała w zarejestrowanych na taśmach demo około 20 utworów. Gilmour zdecydował, że wybierze 4 - 5 wyróżniających się utworów i zaprosił artystkę do swojego studia, by całość nagrać wraz z towarzyszącym zespołem Unicorn. Co ciekawe - taśmy demo z tej sesji nigdy się oficjalnie nie ukazały.
O talencie Kate Bush mówią także liczby: pierwsze kompozycje skomponowane w wieku 11 lat. Kontrakt płytowy podpisany w wieku 18 lat, dwa lata później dwie pełnowymiarowe albumy na koncie. 18 lat i początku światowej popularności poprzez albumy The Kick Inside i Lionheart i przebój "Wuthering Heights". W wieku 22 lat Bush miała na koncie 4 autorskie albumy i...sporo na koncie. Nie było jak dotąd kobiety, która tworząc autorski materiał, osiągnęłaby tak wiele mając niewiele ponad 20 lat. Była również pierwszą kobietą, która zdobyła szczyty list przebojów w Wielkiej Brytanii, z autorską piosenką.
Nie zawsze było jednak różowo. Według Jovanovica, momentem kryzysowym w twórczości Kate był czwarty album "The Dreaming", pierwszy który spotkał się z mało entuzjastyczną reakcją krytyki i publiczności. Na powyższym albumie od zawsze awangardowa Bush do granic absurdu eksperymentowała z wokalami i muzyką. Po nieudanej płycie i rozczarowaniu brakiem zainteresowania mediów i słuchaczy, artystka zaszyła się w odnowionym studiu na farmie w hrabstwie Kent, nie musząc martwić się o ekstremalne sumy wynajmu studia EMI w Londynie. Odtąd zaczął się kolejny okres w życiu Bush - od albumu do albumu będą dzielić coraz większe odstępy czasu.
Nie będę przedłużał, opisując kolejne płyty Kate. Wolę napisać, czym książka zaskakuje. Dla mnie obraz Kate Bush, jako kobiety nieśmiałej, wrażliwej i cichej nie do końca jest słuszny. Jovanovic pisze, że Bush była "perfekcjonistką", która zawsze musiała postawić na swoim. "Zawsze żałowałam kompromisów, na jakie się godziłam" - mówi jeden z cytatów samej Bush. Ten nieliczny z kompromisów dotyczył tytułu piosenki "Running Up That Hill" z płyty "Hounds of Love". Bush chciała tytułu "Deal With God", jednak reprezentanci EMI upierali się, że wymieniony God będzie źle odebrany w niektórych krajach (m.in. USA), skazując utwór na banicję. Bush dopięła swego wcześniej, w 1978 roku, kiedy EMI chciało na pierwszego singla z The Kick Inside "James and Cold Gun", Kate stanowczo wskazywała na "Wuthering Heights". Nie poszła na kompromis także pod presją promocji albumów seriami koncertów, skupiając się na tworzeniu wideoklipów, i występach w programach telewizyjnych, lub wizytach w sieciach sklepów muzycznych. Nie ustąpiła także, kiedy agent Donalda Sutherlanda odmówił udziału słynnego aktora w teledysku do "Cloudbusting". Kate sama "dopadła" aktora i ten bez wahania się zgodził. Efektem jest jednej z najbardziej magicznych teledysków i piosenek zarazem w historii:
Książka - i bardzo dobrze - nie skupia się na życiu prywatnym artystki. Dowiadujemy się jedynie o długoletnim związku z inżynierem dźwięku Delem Palmerem, potem o związku z Dannym McIntoshem, z którym artystka ma dziecko, Alberta. "Kate zawsze utrzymywała życie prywatne w tajemnicy, aż do granic paranoi" - czytamy w książce Jovanovica. "W wywiadach bała się nawet wymieniać nazwy firmy, którą założyła, mimo że ta była oficjalnie podawana tam, gdzie pojawiło się nazwisko" - czytamy dalej. Wiele osób z jej otoczenia miało stracić pod koniec lat 90. kontakt z Bush. Prasa dała jej przydomek "recluse" - odludek. Dziś Kate mieszka w prawdziwej fortecy w angielskim Devonie - kilkunastohektarowa posiadłość na klifie chroniona jest podwójnym ogrodzeniem, siecią alarmów i znaków ostrzegawczych. To w sumie nic dziwnego dla kogoś, kto odrzuca nagrodę za osiągnięcia życiowe od Brit Awards. Taka jest Kate Bush i to trzeba szanować, ale przecież najważniejsza jest w tym przypadku muzyka.
Szkoda, że książka, wydana w 2005 roku nie uwzględnia już powrotnego albumu Kate "Aerial" z tego samego roku. A jest o czym pisać, przecież był to spektakularny powrót. Niemniej jednak, mimo że wszystko jest tutaj poukładane jak na półce w bibliotece, książkę czyta się dobrze i przyjemnie. Idealny pomysł na nudny wieczór.
Marcin Bareła
Zdjęcia: Mirrorpix, Rex Features
20 stycznia 2016
Zapowiedź: SIBIGA - Leopold
Zapraszamy do zapoznania się z singlem zespołu SIBIGA, "Nie dotykaj mnie", który zapowiada pełnowymiarową płytę "Leopold", która ukaże się już w lutym. Sibiga to krakowski debiutujący skład, uformowany w 2015 roku, grający "połączenie elektroniki, żywych instrumentów i lirycznych, melancholijnych tekstów". Czerpią inspiracje głównie z polskiej alternatywy, ale wsłuchując się w singiel "Nie dotykaj mnie", słychać erę melancholijnego rocka lat 80. i zespoły pokroju The Cure. W warstwie słów na pewno można jeszcze trochę wyciągnąć, ale nadętego banału - na szczęście - nie słychać. Materiał z nadchodzącej płyty co niektórzy mogli usłyszeć już w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to zespół zagrał w ramach 22. edycji Międzynarodowego Festiwalu Etiuda&Anima w Krakowie. Kolejne wydarzenia zapewne przed nami.
Oto singiel "Nie dotykaj mnie":
Tutaj zapowiedź całej płyty:
Marcin Bareła
4 listopada 2015
Recenzja: Julia Holter - Have You In My Wilderness
Pojawił się kolejny, już czwarty album Julii Holter - "Have You In My Wilderness". Julia jest dziewczyną niby zwyczajną, ale jej twórczość trudno sklasyfikować, rozłożyć na czynniki pierwsze, albo nazwać jednym wspólnym mianownikiem. Julia Holter istnieje naprawdę, ale jej muzyka przypomina niewyraźny sen, który wraz z pobudką rozmywa się coraz bardziej i nie sposób go sobie dokładnie przypomnieć. Współczesna efemeryda - to właśnie ona.
Muszę się pochwalić, ponieważ wybieram się na koncert Julii Holter już 10 listopada. Z tej okazji przybliżam z wielką radością jej, ciągle cieplutkie, dzieło. Jest to zdecydowanie najbardziej "przewidywalna" płyta artystki; piosenki mają wersy i refreny układające się w odpowiedniej kolejności, są znacznie łatwiejsze w odbiorze - mocno "piosenkowe". To może działać in minus, ale nie gdy mamy do czynienia ze znakomitym materiałem. Wcześniejsze - na swój sposób znakomite - płyty Amerykanki zawierały często jakby niedopracowane, przypadkowe szkice, albo były ambientowymi pejzażami wędrującymi zdawałoby się donikąd. Nie mówię - uwielbiam tę Julię, ale czasem odnosiłem wrażenie, że brak w kompozycjach czegoś, co "pociągnęłoby" całość do przodu - ciekawa fraza, wybuch pięknej melodii albo jakaś choćby mała instrumentalna solówka. A tutaj proszę - jak na zawołanie jest melodyjna, ale nadal nieco na przekór płyta "Have You In My Wilderness".
Zapowiedzią całości była przepiękna pieśń "Feel You", z fajnym teledyskiem o przyjaźni człowieka do psa. Ale im dalej w las, tym więcej okazałych grzybów. Kolejne kompozycje zachwycają jedwabistym brzmieniem, co chwila wzbogacanym przez spore grono smyczków, ale i pojawiają się jazzowe inspiracje - jak saksofon w "Sea Calls Me Home". Cechą wspólną utworów jest delikatny niczym rosa na pajęczynie głos Holter. To nie jest jakiś wybitny wokal, ale sytuacja dramatycznie się zmienia w chórkach i wszelakich pogłosach, gdzie Julia jest chyba mistrzynią. To właśnie te prawie szepcące głosy i głosiki w tle budują znak firmowy pani Holter - atmosferę zamglonej, sennej przestrzeni, o czym pisałem na samym początku. Julia - co słychać w utworze "How Long?" - potrafi zaśpiewać również twardym, wręcz męskim głosem. Trudno artystkę do kogokolwiek porównywać, aczkolwiek słyszy się o Kate Bush, Joannie Newsom. Mnie nasunął się zapomniany zespół Gem Club, który utwory - podobnie jak w tym przypadku - opierał głównie na skrzypcach i pianinie, a wokale były z reguły smutne i wyblakłe. Ale jakby się uprzeć, to słychać i Beatlesów (wykorzystanie klasycznego instrumentarium w muzyce pop), przez wspomnianą Kate Bush (teatralność piosenek), po współczesny Beach House ("senny" charakter kompozycji).
Nie mogę się doczekać tego koncertu i polecam każdemu sprawdzić najnowsze piosenki Julii. A jeśli jesteście leniwi, to sprawdźcie przynajmniej utwory: "Feel You", "Silhouette", "Betsy on The Roof", "Sea Calls Me Home".
Ocena: 9/10
Marcin Bareła
Posłuchaj:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



