1 czerwca 2013

Nowa piosenka The Notwist


Fot. ze strony www.lastfm.pl

Już niebawem, konkretnie w sierpniu ma się ukazać nowy album The Notwist. Zespół na koncertach grywa już piosenki z nadchodzącej płyty i przypadkiem na Youtube natknąłem się na jedną z nich. Brzmienie? - chyba nieco bardziej wygładzone i pozbawione typowych dla Niemców wstawek elektronicznych. W oczekiwaniu na płytę znakomitej kapeli, polecam sprawdzić nieoficjalny, nowy kawałek grupy.



Marcin Bareła

30 maja 2013

Wywiad z Natalią Grosiak i Dawidem Korbaczyńskim - Mikromusic

Jako Post Scriptum do relacji z koncertu zespołu Mikromusic w Zabrzu (25 maja), mam przyjemność zaprezentować dwie rozmowy: z Natalią Grosiak i Dawidem Korbaczyńskim, przeprowadzone tuż przed występem. Rozmawialiśmy między innymi o muzyce, wszechświecie i Portugalii. Zapraszam do lektury!

Natalia Grosiak: "Inspiruje mnie wszechświat..."


Natalia Grosiak w bardzo dobrym humorze. Widać, że powrót na scenę służy.

- Rozgrzewkowe pytanie na początek. Gratulacje, bo jesteś świeżo upieczoną mamą! Jak się z tym czujesz?

Natalia Grosiak: Podekscytowana, bo jest to niesamowita przygoda posiadanie dziecka, ale także nie ukrywam, że jestem lekko przemęczona. Jest to pierwszy koncert, od kiedy zostałam mamą. Rzeczywiście są to dzisiaj inne emocje, bo miała długą przerwę w występach publicznych. Śpiewam na razie tylko kołysanki mojej córce, dlatego ostatnie próby i powrót do śpiewania jest wielką przyjemnością, brakowało mi tego. Jest to także bardzo fajna odskocznia dla mnie– zostawić męża i dziecko i pojechać z chłopakami na koncert, i mentalny odpoczynek bo nie ukrywam – dziecko (jak to dziecko) płacze, wymaga intensywnie mojej obecności, co jest wspaniałe, ale wspaniale jest także odpocząć.

- „Piękny Koniec” jest świetną płytą, ale zwróciłem uwagę na to, że jest albumem bardziej uniwersalnym, skierowanym po części do szerszego grona słuchaczy. Czy zgadzasz się, że poszliście w tę stronę?

N.G: Nie. Może mówisz tak dlatego, że przez przypadek skomponowaliśmy hiciora, czyli „Takiego chłopaka”, ale nie było tutaj żadnego zamierzenia. Wręcz odwrotnie, zrobiliśmy coś, co przypuszczaliśmy, że może nie spodobać się naszym fanom. Robienie muzyki z myślą, że to się komuś spodoba jest dla mnie wielkim błędem. My z Dawidem (Dawid Korbaczyński – gitarzysta Mikromusic – przyp. aut.) zrobiliśmy coś, co przede wszystkim podoba się nam. Na przykład gdy już wydaliśmy„SOVĘ” spotkaliśmy się z głosami krytyki naszych fanów, że ta płyta im się nie podoba, że „Sennik” był lepszy, bo spokojny i ugładzony. „Piękny koniec” też nie zatrybił wszystkim naszym wiernym fanom.

- Uniwersalne nie ma tutaj wydźwięku pejoratywnego, jednak ta płyta jest zwyczajnie bardziej pop-rockowa.

N.G.: Wydaje mi się, że piosenki „Takiego chłopaka” czy „Sopot”, który będzie następnym singlem – to piosenki proste, ale już „Śmierć pięknych saren”, czy „Halo” – myślę że przeciętny słuchacz Radia Zet może tych piosenek nie udźwignąć.

- Kilka lat temu mówiłaś, że chciałabyś, aby wasza pasja którą jest muzyka, stała się waszą pracą, z której moglibyście żyć na godnym poziomie. Czy zmieniło się coś w tym zakresie, czy dziś nadal podtrzymujesz to zdanie?

N.G.: Wszyscy żyjemy z muzyki, natomiast nie Mikromusic jest naszym chlebodawcą. Niemniej jednak cieszę się, że moja pasja, którą jest muzyka – pozwala mi żyć, płacić rachunki i pójść do kina, więc jest dobrze. Tutaj na pewno wiele się poprawiło przez lata, chociaż wiadomo - jest kryzys, jest ciężko, ale generalnie już tak się zasiedzieliśmy w tej branży, że potrafimy sobie radzić.

- Chciałbym Cię zapytać o projekt Digit All Love, w którym byłaś wokalistką. Świetny projekt, ale jego sukces został ponoć zaprzepaszczony głównie przez działania byłej menedżerki, czy możesz coś powiedzieć na ten temat?

N.G.: Menedżerka zrobiła wiele błędów, ale wytwórnia, nie ukrywajmy też się do tego dołożyła. To jest bardzo złożony problem. Mam nadzieję, że ten projekt jeszcze dźwignie się i zabłyśnie w szerszej świadomości. Trzymam za to kciuki, chociaż sama już nie będę tego częścią.

- Mikromusic ma w dorobku 5 płyt i każda jest wydana przez inną wytwórnię płytową. Czy można mówić o jakimś fatum?

N.G.: Problemy były na początku istnienia zespołu. Dwie płyty wydałam sama, co mnie bardzo dużo kosztowało nie tylko pieniędzy, ale zdrowia psychicznego, dlatego „Piękny Koniec” zdecydowałam się sprzedać wielkiej wytwórni, co było bardzo dobrym posunięciem. Wytwórnia (EMI Music Polska – przyp. aut.) i producent z ramienia wytwórni odbębniają tę najczarniejszą robotę, którą ja wykonywałam przez wiele lat. Jestem bardzo zadowolona ze współpracy, mamy wszechstronne wsparcie i to jest wspaniała sytuacja, kiedy ja mogę się skupić na tym co najważniejsze, czyli na tworzeniu, koncertach i nie muszę odwalać żadnej brudnej roboty typu załatwianie patronatów, umieszczanie piosenki na playliście rozgłośni radiowych , martwienie się o to, czy płyta jest już w dystrybucji, kontakt z Zaiksem, druk okładek. To wszystko jest poza mną i całe szczęście.

- Jakie były inspiracje do napisania piosenek do „Pięknego Końca”?

N.G.: Inspirował mnie wszechświat, czyli jak zwykle to samo. Tematem przewodnim jest koniec w różnych aspektach. Bardzo często się zastanawiam, gdzie jest koniec naszego wszechświata (o tym mówi piosenka „Halo”), to jest częsty temat moich rozmyślań, ale brakuje mi wyobraźni, żeby powędrować gdzieś, gdzie nigdy nie będziemy mogli dotrzeć. Koniec w tytule płyty oznacza koniec pewnego etapu w życiu i początek następnego. Wybrałam ten tytuł, gdy wiedziałam, że jestem w ciąży, więc wiele różnych rzeczy się nałożyło sugerując niejako automatycznie, że tytuł właśnie taki powinien być.

- Co z płytą solową, o której pogłoski krążyły już od kilku lat?

N.G.: Myślałam bardzo długo o wydaniu materiału solowego, na którym mogłabym się wypowiedzieć bez zawierania żadnych kompromisów, co bardzo często występowało w Mikromusic. Uważam, że najlepiej jest tworzyć rzeczy bezkompromisowe, dlatego myślałam o tej płycie. Jedak tym razem praca nad materiałem odbyła się na tyle zgodnie, że mogę powiedzieć ze spokojem, że odbyło się prawie bez kompromisów. To zasługa dobrego porozumienia między mną a producentem płyty, czyli Dawidem Korbaczyńskim. Oddałam zresztą kilka piosenek dla Mikromusic z materiału solowego, więc nie czuję teraz takiej wielkiej potrzeby, aby zajmować się moim materiałem.

- Chciałbym Cię zapytać o Twoją fascynację Portugalią, w której jesteś ponoć zakochana. W Portugalii powstał teledysk do piosenki „Zostań tak”. Jak się ta fascynacja zaczęła?

N.G.: To się zaczęło dawno temu, kiedy poznałam Fernandę Cardoso, producentkę z Brazylii. Po dwóch wizytach u niej postanowiłam nauczyć się języka portugalskiego. Po roku nauki stwierdziłam, że nigdy jeszcze nie byłam w Portugalii, więc spakowałam plecak i poleciałam tam razem z koleżanką. Zwiedzałyśmy ten piękny kraj podróżując pociągami. Znalazłyśmy się przy okazji na ślubie mojego nauczyciela portugalskiego w Porto, w Lizbonie poznałyśmy dwie świetne Polki, z którymi przyjaźnię się do dziś. Jedną z nich odwiedzam w Lizbonie regularnie raz na rok. Przy okazji będąc tam, odwiedzam nowe zakątki Lizbony, staram się podróżować po Portugalii, poznawać ludzi, słuchać fado. Tak po prostu, bez większej filozofii.

- Słyszałem o Twojej dużej świadomości ekologicznej. Żyjesz ekologicznie, co się przejawia między innymi tym, że pierzesz w orzechach piorących.

N.G.: Piorę w płynie, który jest zrobiony na bazie orzechów piorących, bo jednak pranie w orzechach jest dosyć upierdliwe. Wypróbowałam już wszystkie środki piorące i najwygodniejsze jest pranie właśnie w płynie. Zakupy robię w sklepie internetowym (www.naszeden.pl), gdzie można kupić wszelkie ekologiczne środki czystości na bazie sody i orzechów. Sama używam tylko tych kosmetyków do ciała, które nie były testowane na zwierzętach. Decyzje, polegające na zmianie standardu życia podejmuję stopniowo. Powoli rezygnuję z nabiału krowiego, bo wiem w jaki sposób jest pozyskiwane mleko od krów. Z jajkami podobnie - tylko zerówki ze wsi od mojej mamy. Stopniowo zmieniam styl życia i uważam, że dobrze jest mieć świadomość, skąd się biorą jajka i mleko. Myślę, że jeszcze milion rzeczy nie wiem, i nieświadomie działam na szkodę środowiska, ale najważniejsze jest to, żeby chcieć. Moje dziecko ma pieluszki wielorazowe tetrowe, ale odkryłam także pieluchy jednorazowe biodegradalne, które wcale nie są dużo droższe od pampersów. Myślę, że gdyby nasza chęć i świadomość wzrosła, to jesteśmy w stanie zmienić świat..

- Śpiewasz w jednej z piosenek że „Gdybym wiedziała że to mój ostatni dzień spędziła bym go tak…”. No właśnie, jak by spędziła ostatni dzień Natalia Grosiak?

N.G.: Na pewno z rodziną, na łonie natury.

- Czego grupie Mikromusic należy na najbliższy czas życzyć?

N.G.: Zdrowia, siły i wielu koncertów.

- Wszystkiego dobrego życzę i dziękuję za rozmowę.


Dawid Korbaczyński w Zabrzu

Dawid Korbaczyński: ”Robimy to, co nam w głowie siedzi...”

- Długo gracie razem jako Mikromusic. Jak się dogadujecie w studiu i poza nim i jak wygląda proces nagrywania płyt?

Dawid Korbaczyński: Przez te wszystkie lata wyrobił nam się pewien proces muzycznego myślenia. Obecnie raczej się nie kłócimy, mamy zbieżne myśli, co się rzadko współcześnie zdarza. A teraz najwięcej pracy to praca w domu przy komputerze, później w studiu to już tylko rejestracja przygotowanego materiału, bo nie mamy takiego komfortu by pracować nad produkcją w studiu. A nagrywamy szybko – „Piękny koniec” nagraliśmy w 5 dni, „SOVĘ” w 4 dni. Jesteśmy płodni kompozycyjnie i mamy świetnych muzyków, więc nagrywamy szybko, wcześniej intensywnie pracując na próbach, żeby nie trwonić czasu, (czytaj pieniędzy) w studiu, bo za każdą godzinę trzeba zapłacić. Postprodukcją zajmujemy się znowu w domu.

- Czy wy upatrujecie płytę „Piękny Koniec” jako pewien sukces, bo jednak pojawiło się wyraźnie większe zainteresowanie wami?

D.K.: Nie rozpatruję płyty „Piękny Koniec” jako sukces. Powiem Ci, że rynek zweryfikował moje myślenie: po pierwszej płycie myślałem, że moje życie się zmieni, owszem byłem wtedy młodszy, ale nie nic wtedy się nie zmieniło, także po drugiej i trzeciej płycie. Czas pokaże, czy płyta odniosła sukces. Mamy dużo wejść na youtubie „Takiego chłopaka” i bardzo dobry jest ogólny odbiór płyty. Mam nadzieję, że to będzie poważniejszy krok w życiu zespołu, bo nie ukrywam, że zespół tego potrzebuje. Trwamy przez tyle lat dzięki sile naszej pasji.

- „Piękny Koniec” jest bardziej uniwersalnym albumem, czy dobrym określeniem jest pop-rockowy album?

D.K.: Nie lubię określenia pop-rock, bo jakoś kojarzy mi się z Dodą i to określenie raczej mi uwłacza, chociaż nie mam nic do dobrego popu. Na pewno jest bardziej spójna niż poprzednie, ale wynika to z jednego producenta, czyli mnie. Dominuje tutaj jedna myśl – mniej eklektyzmu. Czy jest bardziej wygładzona – na pewno jest bardziej rockowa, i dużo mniej jazzowa, jeśli w ogóle. Nie myślałem o tym, żeby było rockowe tworząc ten album. W naszym wypadku muzyka nie idzie na żadne kompromisy. Robimy to, co nam w danej głowie siedzi.

- Plany na najbliższe lata?

D.K.: Na pewno chcemy nagrać live akustyczny, bo bardzo podoba się nam to granie, ale na pewno także chcemy komponować z Natalią piosenki na następną płytę. Myślę, że około dwóch lat trzeba będzie poczekać, bo już pewne pomysły w głowach nam się rodzą. Liczymy na rzeczy które robimy z Natalią poza Mikromusic (komponowanie muzyki do filmów, musicale, etc..) dlatego chciałbym , aby taka praca się również dla nas znalazła.

Rozmawiał Marcin Bareła

Mikromusic w Zabrzu, 25.05.2013



DOBRZE JEST?
To pytanie usłyszeliśmy od Natalii Grosiak, która wespół z kolegami z zespołu Mikromusic zaprezentowała się zabrzańskiej publiczności w sobotę, 25 maja. Koncert był częścią imprezy Majowe Granie, zorganizowanej przez Miejski Ośrodek Kultury w Zabrzu. Co warto podkreślić – był to pierwszy koncert Mikromusic po wydaniu ich piątej regularnej płyty „Piękny Koniec”.


Natalia Grosiak wystąpiła w oryginalnej spódnicy, przywołującej klimat rodzimego folkloru.

Na pierwszy ogień poszedł kawałek „Za mało”, co mnie nieco zaskoczyło, gdyż nierozgrzane gardło Natalii musiało sobie poradzić z najbardziej wokalnie wymagającą piosenką na płycie „Piękny Koniec”. Natalię ten utwór kosztował zapewne niemało wysiłku. Początek – nie ukrywam był trudny. Chwilowe problemy techniczne z mikrofonem wymieszały się z małym dysonansem brzmieniowym poszczególnych instrumentów. Tutaj chcę podkreślić, że problemy te były jednak tylko chwilowe, a cały koncert dźwiękowo był bardzo wyważony, wyraźnie słychać było poszczególne instrumenty i – co najważniejsze – nie było przesadnie głośno. Większość utworów miało albo alternatywne, najczęściej długie wersje, albo były te utwory w połowie zaimprowizowane na jazzowe wariacje, dlatego usłyszeliśmy tylko 10 piosenek. Najbardziej zaskakująco zagrali niewątpliwie ” Dobrze jest” z debiutanckiej "Mikromusic" , które rozpoczynało się niczym piosenka Raz Dwa Trzy „W wielkim mieście”, z bardzo subtelną solówką gitarową Dawida Korbaczyńskiego. Ta wersja, wolniejsza niż oryginał, okrojona z popowej otoczki i odziana w klubowy sznyt zabrzmiała rewelacyjnie. W piosence usłyszeliśmy jeden z wielu popisów instrumentalnych klawiszowca, Łukasza Damrycha, który notabene był na koncercie gościnnie. Pulsacyjne uderzanie w klawisze ożywiło wyraźnie publiczność. To był moment, kiedy i zespół i publiczność wyraźnie „przełamali się” i wreszcie brawa zabiły z prawdziwą mocą, a Mikromusic wyraźnie poczuli się swobodniej. Natalia w pewnym momencie zapytała: - Dobrze jest?.


Zespół wystąpił z gościnnym udziałem Łukasza Damrycha

Takich improwizowanych momentów było więcej, toteż słychać było, że zespół świetnie bawi się własną stylistyką, obracając niektóre kawałki, niczym w zabawie w ciuciubabkę. Magicznie zabrzmiała wersja pieśni „Świat oddala się ode mnie”, która bardziej minimalistyczna od oryginału, na żywo nabrała jeszcze większej folkowej mocy. Momenty, kiedy Natalia zaciągała poszczególne słowa refrenu oddawały klimat jakiegoś zlotu szamanów, kiedy wszyscy siadają połączeni w wielkim okręgu, na środku pali się ognisko, a wokoło odprawiane są czary. Czysta magia i dowód na to, że Natalia ma możliwości swoim dziewczęcym głosem walnąć jak obuchem, kiedy trzeba. Pięknym momentem była interpretacja utworu „Jesień”, chociaż zabrakło, obecnych obficie w oryginale, trąbek. Tutaj w ucho wpadały – obok zaciąganego wokalu Natalii – fantastyczna linia basu. No i po raz kolejny popisał się Łukasz Damrych na klawiszach. Jego partie przyciągały oczy i uszy chyba wszystkich – łącznie z zespołem. Miało się wrażenie, przez spazmatyczne, pełne pasji ruchy przy klawiaturze, że bawi się on jak małe dziecko, pozostawione w stosie zabawek. Kapitalnie zabrzmiało „W źrenicach” i po raz kolejny zespół zaprezentował pełen minimalizm – oszczędny bas, klawisze. I znowu nie wiedzieć dlaczego, zabrzmiało to lepiej niż w oryginalnej wersji. Po zamknięciu oczu można było się przenieść dosłownie na wygodną sofę w stylowym klubie.


Klimatyczne, alternatywne wersje piosenek z "Dobrze jest", zaskoczyły niejednego słuchacza

Niemałym zaskoczeniem, także dla autora tekstu była nieoficjalna wersja piosenki „Niemiłość”, gdzie zamiast ugrzecznionego „W nosie to mam”, pada w refrenie „W dupie to mam”. Wbrew pozorom, takie zachowanie Natalii, było niejako ukłonem dla publiczności, gdyż zespół z reguły wykonuje standardową wersję.
Na koniec zagrali „Takiego chłopaka”. Bardzo czysto, niemal identycznie, jak na płycie. Kiedy Natalia wyśpiewała wers: „kogoś, kto nie zeżre jabłek wszystkich i ucieknie za morze”, Dawid wespół z kolegami niemal wybuchnął śmiechem co nie dziwi, bo chłopaki śmieją się z przewrotności fragmentu tekstu od początku jego powstania. Mimo, że zespół obecnie praktycznie nie koncertuje i mając na uwadze to, że był to pierwszy występ od wydania nowej płyty, spodziewałem się początkowo większej liczby piosenek z „Pięknego Końca”. Później zrozumiałem, że zespół zwyczajnie nie miał kiedy „ograć się” z nowym materiałem, więc zapewne należało się takiego stanu rzeczy spodziewać. Szkoda, że nie było bisu, jednak tutaj trochę zawaliła pani konferansjer, gdyż nie wsparła publiczności w próbach wywołania zespołu ponownie na scenę, tylko niemal od razu wywołała „do tablicy” gwiazdę wieczoru, Renatę Przemyk.


Ci, którzy przybyli - nie pożałowali

Koncert był udany. Bez szału, bez zbędnych etykiet, ale na pewno muzycznie było bardzo dobrze. Bardzo fajne jest w grupie to, że nikt nie popisuje się solówkami instrumentalnymi. Umiarkowanie jest w ich przypadku bardzo trafione, a poszczególne instrumenty brzmią niezwykle subtelnie. Jedynie klawiszowiec Łukasz Damrych dawał prawdziwe popisy na keyboardzie ale pasowały one jak ulał do treści poszczególnych utworów. Co chyba najważniejsze – zespół świetnie się ze sobą czuje, wręcz bawi swoją obecnością, a szczere uśmiechy muzyków nie były przypadkowe, lecz pokazujące, że muzyka może być pracą, ale i doskonałą zabawą. Myślę, że pozytywną energią zarazili się wszyscy, którzy przybyli na koncert do Zabrza, a sympatycznym muzykom z Mikromusic przybyło paru nowych fanów. Dobrze jest!

Marcin Bareła

Zobacz więcej zdjęć:












Autorem wszystkim zdjęć jest Patryk Ogieł. Zapraszam do odwiedzenia profilu https://www.facebook.com/patrrickoo

12 kwietnia 2013

Mikromusic - Piękny Koniec


"Panie losie daj mi kogoś kto nie zeżre wszystkich jabłek i ucieknie za morze" - to fragment tekstu do utworu "Takiego chłopaka" i zarazem prezentacja najnowszej płyty wrocławian z Mikromusic z tytułem Piękny Koniec. Na wstępie przyznaję, że nie jestem wielkim znawcą ich twórczości; pamiętam jeszcze ich płytę Sennik z 2008 roku (notabene ostatecznie przekazałem ją w prezencie, czego dziś żałuję tym mocniej, że szczęśliwiec gdzieś ją zgubił:/).
A powyższy fragment przytoczyłem nieprzypadkowo: słodka wokalnie Natalia Grosiak przedstawia przewrotne, znakomite teksty. "W Sopocie mróz dobrze chłodzi mnie po upale w tropikach gorącym PKP" - takie i inne fragmenty na pewno mogą poprawić humor. Ale czasem jest mocno poważnie, jak w "Śmierci Pięknych Saren": "Myśliwski nóż przecina ciszę. Paruje świt, mgła półmrok rozmydla...Zostawiłeś mnie o świcie twarzą do ziemi..." Pełen smutek...
Ciężko sklasyfikować ten album do jednego stylistycznego przedziału, jednak termin pop-rock będzie chyba odpowiedni. Do tej pory Sennik wspominam jako wybitnie jazzujący album, ale być może muszę sobie płytę przypomnieć, tym samym popełniając publicznie kolejną gafę. Niemniej jednak, na Pięknym Końcu słychać faktycznie dużo gitar. Może jest to album o głupocie, albo lepiej - po prostu złym świecie a gitary pełnią tutaj rolę krzyczącego przez megafon aktywisty, pragnącego życia w harmonii. Bo co chwila słodkim głosem Natalia Grosiak śpiewa a to o atomowych grzybach, o pożarach, a nawet i o tym, że jest gorąco w pociągu. Cichy manifest? Ukryte przekazy? Głos rozpaczy? Nie wiem, może po prostu tak wyszło a ja sobie dopowiadam czarne scenariusze. Możliwe. Ale dlaczego na tej płycie jest ten ciągły niepokój?
Ja szczerze przyznam, że jestem zachwycony twórczością Natalii Grosiak. Ma fenomenalny, piskliwy nieco głos, który skrzętnie wykorzystuje, skutecznie odnajdując się w balladach, chociaż i nieco bardziej krzykliwych momentach także. Może to przypadek, ale jakoś genialnie dobiera słowa, układając wersy tekstów piosenek. Popatrzcie: "Trzcinowy cukier muscovado, mafinka z jagodą, Lala Hotel" - w ustach Natalii szorstki zazwyczaj język polski wydaje się wyjątkowo piękny i melodyjny. I jeszcze ten dziewczęcy głos, ah...
W gąszczu świetnych piosenek znalazło się miejsce na improwizacyjną, mocną wariację zatytułowaną "Halo" - od razu mam skojarzenia z Digit All Love ale chyba nieprzypadkowo. Całość wieńczy piękna, instrumentalna niemal ballada "Adam" z subtelną solówką na trąbkę (o ile się nie mylę). Kompozycja bardzo zbliżona z kolei do nagrań z Sennika. To rzeczywiście jest piękny koniec...tej płyty. Jeszcze tylko dodam, że poluję na Mikromusic, w wielkiej nadziei zobaczenia ich na ziemi śląskiej (najlepiej okolice Częstochowy lub Zawiercia). Polecam z odpowiedzialnością.

Ocena 8/10
Marcin Bareła

Do posłuchania:



19 listopada 2012

Setlista 18.11.2012 r.


16-17

1. Talk Talk - Happiness is Easy ("The Colour Of Spring",1986)
2. Mark Lanegan - Ode to Sad Disco ("Blues Funeral", 2012)
3. Werk - Long Cold Race [Abbey Road Mix] ("Songs That Make Sense",2012)
4. Werk - Lula ("Songs That Make Sense",2012)
5. Paul Weller - That Dangerous Age ("Sonik Kicks",2012)
6. Paul Weller - Around the Lake ("Sonik Kicks",2012)
7. Hot Chip - Don't Deny Your Heart ("In Our Heads",2012)
8. Hot Chip - How Do You Do? ("In Our Heads",2012)
9. Julia Holter - This is Ekstasis ("Ekstasis",2012)
10. Ulysse Klotz - GayCure ("Atomic Age OST",2012)

17-18

11. Uzi Ramirez - She's So Young ("Lick My Heart",2010)
12. Uzi Ramirez - Confide In Me ("Lick My Heart",2010)
13. Karina Buhr - Bem Vindas ("Eu Menti pra Você",2010)
14. Hetane - Golden Snakes ("Golden Snakes EP",2012)
15. Grizzly Bear - Yet Again ("Shields",2012)
16. Active Child - High Priestess ("You Are All I See",2011)
17. The Heavy - What Makes a Good Man? ("The Glorious Dead",2012)
18. Chromatics - Birds of Paradise ("Kill For Love",2012)
19. Archive - Violently ("With Us Until You're Dead",2012)
20. Retro Stefson - Glow ("Retro Stefson",2012)
21. Tindersticks - This Fire of Autumn ("The Something Rain",2012)

26 lipca 2012

Heineken Opener 2012 - Cz. 2

Prezentuję z przyjemnością obiecaną już jakiś czas wcześniej drugą część relacji z tegorocznego Openera. Pierwszy dzień, jak już niżej napisałem, muzycznie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, choć nie obyło się bez muzycznych i organizacyjnych wpadek. Kolejny dzień, czyli sobota, 7 lipca był już mniej "obfity" w koncerty wykonawców, którzy wzbudzają we mnie emocje, a perspektywa ich pojawienia się na żywo na scenie ewidentnie przyspiesza tętno. Festiwalową sobotę rozpocząłem od spektaklu "Anioły w Ameryce", na który czekałem z cieknącą ślinką. Na miejscu ślinkę zastąpił cieknący ze wszelkich możliwych stron pot. Namiot, w którym grano spektakl był mocno zabudowany, przez co przepływ powietrza był minimalny. Słońce nie było potrzebne, by wnętrze zamieniło się w nieprzyjemną saunę, pełną zabierających tlen ludzi. Dodatkowo, plastykowe krzesła ustawione w namiocie wrzynały się niemiłosiernie w kręgosłup i drażniły pośladki. Nie mogłem tego wytrzymać, dlatego w przerwie spektaklu (trwał 5 godzin!), po prostu już nie wróciłem do namiotu. A szkoda, bo spektakl o homoseksualistach bardzo udany...
Ponieważ sobotę, 7 lipca spędziłem w dużej mierze na kąpieli w morzu i odpoczynku na pobliskiej plaży Babie Doły, tak wróciłem na teren Festiwalu dopiero o 20.00. Ależ to była miła niespodzianka dla moich uszu, kiedy przed Główną usłyszałem sączące się dźwięki z pogranicza folku i country - czyli zespół Mumford and Sons. Ten kolektyw przesympatycznych ludzi, na który być może nie zwróciłbym uwagi, dał świetny koncert, jeden z lepszych na imprezie. Na Głównej pozostałem, oczekując na nieznanych mi wcześniej The Mars Volta. Po koncercie na Heinekenie już wiem, że nie kupię żadnej płyty tego zespołu. Banda antypatycznych kolesi i ich nieznośne dźwięki spowodowały, że musiałem ewakuować się sprzed Głównej. Zresztą robili to masowo inni. To jeden z tych zespołów, których nadrzędną zasadą jest: im głośniej, tym lepiej. Ale w hałasie nie było słychać krzty pomysłu na piosenkę. Uciekając z The Mars Volta, zawadziłem o elegancką Janelle Monáe, zawitałem do sali "kinowej" i do specjalnego "muzeum", ale bez rewelacji. Wracałem powoli na Main, licząc, że ten koszmar zwany The Mars Volta nie wejdzie na bis. Na szczęście udało się i powoli wdzierałem się jak najbliżej Main, by posłuchać tych, na których tutaj tak naprawdę przyjechałem: The XX. Londyńskie trio we wrześniu (bodaj 10) będzie miało w sklepach już oficjalnie drugą płytę, która nazywa się Coexist. Już nie mogę się doczekać, gdyż poszczególne kawałki, zagrane na koncercie, w tym przepiękne Angels robią pozytywne wrażenie. Chociaż nie powalają tak, jak piosenki z debiutu, czyli XX. Te zabrzmiały na żywo tak, jak miały, czyli nastrojowo i klimatycznie. Oliver Sim w charakterystyczny sposób bujał się z gitarą basową, a Romy Madley-Croft grała minimalistycznie na gitarze. Jamie Smith z kolei całość okraszał bitami. Zespół na scenie zaprezentował się bardzo elegancko. Jest w nich coś nieziemskiego, jakaś taka enigma, otaczają się mgłą pewnej tajemnicy. Wszak nie nawiązują specjalnego kontaktu z publicznością, zachowują powściągliwość na scenie we wszystkich wymiarach, a same ich pieśni są minimalistyczne i bardzo intymne. Szkoda, że tego dnia nie wyszli na bis, ale w kontekście powyższego to nie powinno dziwić. Zepsuli na koncercie dwie piosenki: "Crystalized" i "Fantasy". One przecież najlepsze są tylko w oryginalnej wersji.Jednak co by nie powiedzieć - koncert bardzo dobry, choć ścisk przed sceną także na piątkę. Tak zakończył się mój drugi w życiu i pierwszy od 6 lat Heineken Opener. Dziękuję za uwagę.

Marcin Bareła

Poniżej fragment koncertu Bloc Party dobrej jakości

18 lipca 2012

Heineken Opener 2012

Kolejna edycja Openera za nami, a ponieważ autor posta udał się w tym roku na miejsce wydarzeń, czyli teren lotniska w Kosakowie, tym samym chciałby się podzielić wrażeniami z koncertów. Udałem się na dwa dni festiwalowego szaleństwa, 6 i 7 lipca czyli w piątek i sobotę. Wiedząc jednakowoż o innych aktywnościach Openera, przede wszystkich wystawianym po raz pierwszy spektaklu "Anioły w Ameryce", udałem się na miejsce w piątek odpowiednio (wydawałoby się) wcześnie, by przedstawienie zobaczyć. Niestety, po kilkugodzinnym staniu w ogromnej kolejce okazało się, że miejsc już nie ma, ale ja i inni stojący pod bramką, już w nie najlepszych nastrojach dostaliśmy świetną wiadomość, że być może znajdą się bezpłatne zaproszenia na sobotę. Jednak dłuższy czas nie wiadomo było, ile tych zaproszeń będzie i kto je otrzyma. Później okazało się, że było ich 300, a dostał je ten, kto...był bliżej bramki. W ten sposób na spektakl dostała się tylko garstka chętnych szczęściarzy (w tym także ja), a większość musiała się tak naprawdę obejść smakiem. Bałagan informacyjny towarzyszący całości był jednak porażający. Dlaczego organizatorzy nie przewidzieli tak dużego zainteresowania przedsięwzięciem i nie zorganizowali dla widzów większego namiotu, lub po prostu nie przenieśli spektaklu (obsada m.in. Chyra, Stuhr, Poniedziałek, Cielecka...) pod tent stage, gdzie mieści się nie kilkaset, ale kilka tysięcy widzów, dziwi mnie to ogromnie. Gorycz niezadowolonych festiwalowiczów była w tym przypadku w pełni uzasadniona. Przejdę do wydarzeń już stricte muzycznych. Piątek, 6 lipca był chyba ciekawszym dniem festiwali, aniżeli sobota. Wybór tego, co warto posłuchać był czasem trudny. Rozpocząłem od koncertu Sinusoidal, znakomitego wrocławskiego duetu elektronicznego, który na Talents Stage zaprezentował się z dobrej strony. Byłem do końca i warto było wsłuchać się w mocne bity Michała Siwaka i wyrazisty głos Adrianny Styrcz. Koncert był bardzo dobry, ale czułem spory niedosyt, gdyż zagrali tylko trzy kawałki z debiutanckiej i magicznej płyty Out Of The Wall, jednocześnie sporo improwizowali, co nie zawsze było moim zdaniem trafione (m.in. kiepska wersja Dziwny Jest Ten Świat Niemena). Koniec końców, koncert udany, dodatkowo nie było za głośno i można było usiąść naprzeciwko sceny. Udałem się następnie na Główną, by po raz pierwszy posłuchać Bloc Party. Kawałki z najnowszych płyt nie robią na mnie specjalnego wrażenia, jednak gdy pojawiła się kultowa już pieśń Banquet z debiutanckiej Silent Alarm, zwyczajnie odleciałem w tanecznym odurzeniu. Nie zagościłem jednak na długo na B.P., gdyż miałem tylko pół godziny, by przedostać się do Tent Stage, by posłuchać Nosowskiej, i eklektycznej płyty 8. Chciałem był od początku na tym koncercie, w miarę dobrym miejscu blisko sceny, dlatego Bloc Party się zbyt nie nacieszyłem. Z debiutu słyszałem jedynie z oddali "So Here We Are" i "This Modern Love". Tymczasem koncert Kasi Nosowskiej był jednym z najlepszych na całym festiwalu. Duże wrażenie robiła już sama scena, udekorowana kilkoma warstwami płótna, na których w czasie koncertu pokazywane były wysublimowane wizualizacje. Za tymi płótnami schowani byli także poszczególni członkowie zespołu Kasi, co tylko dodawało magii występowi. To był taki mocno teatralny występ, w którym po wielokroć następowały chwile silnego wzruszenia (najbardziej przy "O lesie"). Podczas tego występu uświadomiłem sobie także, że polska publiczność nie potrafi klaskać w tempo (doszło do tego, że sam perkusista w zespole wyszedł zza szmat i wystukiwał publiczności rytm); dodatkowo klaszcze dla samego klaskania. Są piosenki, jak "Kto", które klaskania raczej nie znoszą, ale i tutaj było miarowe bicie nie wiadomo po co. Ale koncert naprawdę znakomity, Kasia jest wybitną postacią. Z Nosowskiej szybko wróciłem ponownie na Main, by wysłuchać Franza Ferdinanda. Wybawiłem się znakomicie, a szalona solówka perkusyjna na 4 osoby rozwaliła mnie totalnie. FF widziałem już na HO w 2006 roku i muszę przyznać, że zespół daje kopiaste koncerty i potrafi wyjątkowo skutecznie zabawić festiwalową publiczność. Zostałem na Main, by wysłuchać szwedów z The Cardigans grających płytę Gran Turismo, znanych z pieśni Lovefool. Kapela najlepsze dni ma za sobą, jednak koncertowo jest naprawdę znakomita, aczkolwiek publiczność najwyraźniej nie podziela mojego zdania, gdyż pod Main było dość drętwo a teren przed Główną świecił pustkami. A szkoda. Na koniec poszedłem znów pod Namiot, by wysłuchać Julii Marcell, dziewczyny, która ma talent do tworzenia wielkich rzeczy. Przyznaję, że płyty June nie mam, jednak poszczególne piosenki są znakomite. Na koncercie trochę tego nie było jednak słychać. Julia Marcell to nie tylko basista i perkusista, a takie wrażenie można było odnieść. Nie wiem, czy dźwiękowcom Julii zwyczajnie się nie przyspało (wszak było dawno po północy), ale w pewnym momencie nie było w ogóle (!) słychać Korga Julii a skrzypaczka choćby grała na skrzypcach piłą do drewna, i tak pewnie byłaby ledwo słyszalna. Dopiero po czasie w końcu dźwiękowcy dźwignęli nieco suwak "piano" do góry, ale do końca koncertu i tak słychać było głównie perkusję i bas. Wszystko fajnie, gdyby nie to, że Julia to przede wszystkim pianistka. Niestety, na festiwalach liczy się siła dźwięku, co nie zawsze jest korzystne dla artystów nie grających rocka, co było na koncercie Julii dobitnie słychać. Już lepszą jakość muzyki można poczuć na kameralnych koncertach w małych klubach, rozsianych po większych miastach Polski. CDN Marcin Bareła