10 października 2011

Old Time Radio - Stare Radyjko Gra Dla Dzieci



Old Time Radio to zespół, któremu kibicuję od niemal pierwszego przesłuchania. To zespół, który nigdy nic nie udowadnia, nie siłuje się z rządzącymi w danej chwili trendami, tworząc i wykonując muzykę według własnego widzimisię. Mimo tego nieskrywanego przez sam zespół muzycznego nieskrępowania, jestem i tak zaskoczony ich najnowszym albumem - Stare radyjko gra dla dzieci.

Zacznijmy od tego, że to pierwsza w całości nagrana po polsku ich płyta. Po niemal 10latach obecności w branży, i czterech bardzo udanych płytach, z których każda następna była lepsza od poprzedniczki, powrócili z albumem całkowicie po polsku. Kiedy artysta ma 4 płyty po angielsku, jakoś trudno się przyzwyczaić do zmiany języka na ojczysty. Po prostu czuje się dziwnie.

Nowe dzieło ma dwa założenia: piosenki skierowane dla najmłodszych, co sugeruje nazwa, oraz podział na piosenki i ballady. Tak też istotnie jest - pulsujące niemal funkową energią "Mrowisko to wszystko" przeplata się z kołysanką spod znaku MUM "Noc zagląda już przez okno". A tuż po tej piosence mamy klasyczne Old Time Radio w postaci pięknej "Piosenki ze starej szafy", z rozbudzającym wyobraźnię, obrazowym tekstem. Piosenka, zawierająca znakomite partie na skrzypce i wiolonczelę, korzeniami i klimatem sięga kilka lat wstecz do znakomitej płyty Just Because We Were Wrong. A zaraz potem największe zaskoczenie - melorecytowana folkowa ballada "Jeż tupu tupu tup", ze znakomitym basem Piotra Salewskiego i ślizgającą się zgrabnie po gryfie gitarą Tomka Garstkowiaka. Piosenki są okazjonalnie uzupełniane instrumentalnymi "wypełniaczami", typu "Spadł pierwszy śnieg".

Bardzo ładna jest to płyta. Dla dzieci, poprzez delikatne, ciekawe teksty, na pewno odpowiednia, jednak muzycznie absolutnie uniwersalna. Nie są to absolutnie utwory w rodzaju "A a kotki dwa...", lecz ambitne piosenki, którymi Old Time Radio potwierdza status jednego z ciekawszych niezależnych zespołów w Polsce.

Ocena: 8/10
Marcin Bareła

Posłuchaj:







8 października 2011

The Embassy - Life In The Tenches



Ta recenzja będzie tak samo prosta, jak płyta z którą mamy do czynienia. Po 6 latach przerwy powrócili z nowym albumem The Embassy. Wrócili to trochę nagięcie definicji, bowiem duet ze Szwecji (cóż, że ze Szwecji) wydał, można powiedzieć w formie kompilacji, zbiór piosenek z ostatnich 10 lat, które albo były singlami, albo czekały na półkach na odpowiedni moment. Słuchając zawartość ich najnowszej płyty Life In The Tenches, zastanawiam się, dlaczego czekali tak długo.

The Embassy to duet w składzie Fredrik Lindson (gitary, śpiew) i Torbjörn Håkansson (sample). FREDRIK LINDSON i TORBJORN HAKANSSON. Warto te dwa nazwiska zapamiętać, ponieważ to po prostu geniusze. Geniusze melodii, o czym przekonuje najnowszy album. Jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami, że mamy takich ludzi w branży, bowiem o pomysłową, świeżą muzykę trudno teraz tak samo, jak o rydza w lesie. Dwa poprzednie albumy znokautowały mnie pomysłem i prostotą, i tak samo jest z najnowszą. W czym tkwi esencja - otóż w naturalnym darze Szwedów w tworzeniu nienarzucających się, płynących niczym potok górski piosenek. Pomysłowość duetu wydaje się mieć niekończące się złoża, a każda kolejna piosenka pozostawia dziecięcą ciekawość: co dalej? Czym teraz mnie zachwycą? Mogę być uznany za świra twierdząc, że dwóch kolesi - jeden z gitarą i dość fałszującym śpiewem i jeden przy tanim laptopie - mogą tworzyć muzykę ekstraklasy. Początkowe przesłuchanie może wydać wyrok: powaliło cię? Przysłuchując się uważniej dwóm Szwedom, przychodzi jednak z czasem nieodparte wrażenie, lekkości tworzonej muzyki i kolejnym pomysłom na melodię. Docenił to między innymi Pitchfork, dając Life In The Tenches ocenę 8.0/10. I dotyczy to bez wyjątku każdej piosenki, czy mówimy o synth - popowej E6, czy o prawie freak folkowej Who Put The Ass In Embassy. Z poprzednimi płytami nic się nie zmieniło, oprócz długości i jednak większej niż wcześniej różnorodności. Ale to naturalne w przypadku kompilacji.

Nie mam wątpliwości, że The Embassy to prawdziwa muzyczna perła, diament, który jest szerzej nieodkryty i zapewne będzie nadal spokojnie spoczywał w czeluściach Szwecji. Przekonali mnie przy Tacking, przy Futile Crimes i teraz. I już nie mogę doczekać się pełnowymiarowej płyty lekko fałszującego duetu z laptopem, który wywarł wpływ na większość zespołów indie rynku szwedzkiego drugiej połowy nowej dekady.

Ocena: 10/10
Marcin Bareła

Posłuchaj:







31 sierpnia 2011

Songs of 2011 vol. 6


Wakacje za pasem, więc najwyższa pora na kolejny zestaw piosenek pochodzących głównie z ostatnich dwóch miesięcy. Na fotografii powyżej Ernest Greene aka Washed Out. Jego krążek "Within and Without" był najczęściej goszczącym w moim odtwarzaczu CD podczas tego lata. Szczerze polecam ten album oraz poniższy wybór nagrań. Kolejność jak zwykle alfabetyczna.

1. Beastie Boys - Don't Play No Game That I Can't Win
2. Beirut - East Harlem
3. Black Glass - Resistance
4. Chilly Gonzales - Self Portrait
5. Dagadana - Wszystkie mają po chłopoku
6. Digitalism - 2 Hearts
7. Duran Duran - Leave A Light On
8. Florence & the Machine - What the Water Gave Me
9. Grabek - Matters Not
10. Jane's Addiction - Irresistible Force
11. John Talabot feat. Glasser - Families
12. Julia Marcell - Matrioszka
13. Jono McCleery - Garden
14. Lamb - Another Language
15. M83 - Midnight City
16. Metronomy - The Bay
17. Miles Kane - Come Closer
18. Morrissey - Action is My Middle Name
19. Noah And The Whale - Tonight's is Kind of the Night
20. Noel Gallagher's High Flying Birds - The Death of You and Me
21. Red Hot Chili Peppers - Did I Let You Know
22. Retro Stefson - Kimba
23. SBTRKT - Wildfire
24. Steven Wilson - Remainder the Black Dog
25. St. Vincent - Surgeon
26. The Horrors - Endless Blue
27. Tomasz Budzyński - Dziwadełko
28. Travellers - Dreaming
29. Twilite - Out of Control
30. Washed Out - You and I
31. When Saints Go Machine - Church and Law
32. WhoCares - Holy Water

Wybrał: Sławomir Kruk

25 lipca 2011

Morrissey, Kraków Klub Studio 22.07. 2011r.


Dwa lata musieli czekać polscy fani Morrisseya na kolejny (a drugi w ogóle) koncert swego ulubieńca w naszym kraju. Gdyby zapytano mnie w jednym zdaniu jak było odpowiedziałbym: „Pięknie, choć krótko..” Jak bowiem inaczej ocenić 70-minutowy występ ikony brytyjskiej muzyki złożony zarówno z klasycznych kompozycji The Smiths oraz z tego co najlepsze z jego solowej twórczości.

Zanim jednak do głosu doszedł Morrissey na scenie pojawiła się młoda garażowa kapela z Wysp Brytyjskich - The Heartbreaks. Z roli supportu wywiązali się nad wyraz dobrze, choć ich muzyka nie jest niczym odkrywczym i świata nie podbiją. Kapela jakich mnóstwo zwłaszcza na brytyjskiej scenie. Życzę im jednak jak najlepiej, bo mają pewny potencjał, choć przydałyby się bardziej nośne melodie. Zagrali ponad pół godziny na niewielkiej przestrzeni ograniczonej od reszty sceny płachtą z nazwą The Heartbreaks. Miłym akcentem dla polskiej publiczności był z pewnością perkusista ubrany w biało – czerwoną koszulkę z polskim orzełkiem.



W przerwie pomiędzy występami wyświetlono fragmenty archiwalnych programów z brytyjskiej telewizji z lat 70-tych. Teledyski (m.in. Elvis Presley, Sparks, Joe Dolan), wywiady (m.in. Lou Reed ) oraz kiczowate fragmenty telewizyjnych show z tamtego okresu. Jeden z takich fragmentów: Rewiowa historyjka o kobiecie, która chciała stać się wielką gwiazdą piosenki zakończyła okres wyczekiwania na „prawdziwą” gwiazdę tego wieczora – Morrisseya.

Jego wejściu na scenę towarzyszył pisk publiczności oraz czerwone punktowe światła wraz z długim intro, z którego wyłonił się klasyczny utwór The Smiths ”I Want The One I Can’t Have”. Następnie przypomniano nam największe przeboje muzyka z ostatnich paru lat m.in.: „Irish Blood, English Heart”, „You Have Killed Me”, „I’m Throwing My Arms Around Paris”. Nagłośnienie w początkowych fragmentach pozostawiało trochę do życzenia, ale na szczęście szybko się z tym uporano. Zgodnie z niepisaną tradycją towarzyszący Morrisseyowi muzycy mieli na sobie koszulki wyrażające jego przekonania. W przypadku Krakowa pojawił się na nich nadruk Fuck Fur („pieprzyć futro”).



Środkowa część występu to m.in. wspaniale wykonany cover z repertuaru Lou Reeda „Satellite of Love”, kolejne klasyki The Smiths: „There is a Light that Never Goes Out” (w wersji jakby trochę spowolnionej) oraz „I Know It’s Over”. Pojawiła się również premierowa kompozycja „Action is My Middle Name” mająca w sobie singlowy potencjał. Kiedy wyjdzie na płycie na razie nie wiadomo. Ponoć żaden wydawca nie wyraził zainteresowania co do publikacji płyty artysty. Tak przynajmniej donosił parę tygodni temu serwis Pitchfork..

Podstawowy set po niespełna godzinie zakończył pro - wegetariański hymn „Meat is Murder”, w czasie którego klasę pokazali towarzyszący Morrisseyowi muzycy. Psychodeliczna końcówka to przede wszystkim ich popis. Podobnie było w bisowym „First of the Gang to Die”. Mozz nie żałował publiczności uścisków dłoni, a gdy tylko nadarzała się okazja to pozwalał przekomarzać się choćby wtedy, gdy podchwycił skandowanie swojego pseudonimu. Uwielbienie polskich fanów nie zna granic, o czym świadczą również bukiety rzucane na scenę. Zasłużył na nie bez dwóch zdań. Polska czeka na kolejne koncerty, oby jak najprędzej.

Tekst, zdjęcia i wideo: Sławomir Kruk

30 czerwca 2011

Songs of 2011 vol. 5



Czerwiec minął mi błyskawicznie (za sprawą Ars Independent Film Festival), ale pomimo tego udało mi się przesłuchać garść "świeżych" płyt (choć mniej niż zwykle). Na piosenkę miesiąca wybieram "Crystalline" zapowiadającą nowy album Björk. Premiera "Biophilii" we wrześniu. W zestawie ponadto nowe nagrania Myslovitz, Bon Iver i Coldplay. Miłego słuchania;)

1. Anna Calvi - Desire
2. Björk - Crystalline
3. Bohren & Der Club of Gore - Zombies Never Die (Blues)
4. Bon Iver - Beth / Rest
5. Booker T. Jones - Representing Memphis
6. Coldplay - Every Teardrop Is a Waterfall
7. Cults - Abducted
8. Czarne Korki - Telewizor
9. Death Cub For Cutie - You Are a Tourist
10. FM Belfast - Stripes
11. Jóhann Jóhannsson - Freedom From Want and Fear
12. Junior Boys - You'll Improve Me
13. Lamb - She Walks
14. Myslovitz - Skaza
15. Radiohead - Staircase
16. The Car is On Fire - Lazy Boy
17. WU LYF - Heavy Pop
18. Yelle - Safari Disco Club

Wybrał: Sławomir Kruk

3 czerwca 2011

Juwenalia Śląskie - Katowice, 21.05

Na lotnisku Muchowiec w Katowicach w ramach finału Juwenaliów Śląskich 2011 (21 maja) wystąpili: ST. James’ Hotel, Dash, Czesław Śpiewa, Biff i Myslovitz. Skład raczej typowy dla tego rodzaju imprezy, ale najważniejszy jest przecież studencki klimat.
Nie udało mi się dotrzeć i zobaczyć wszystkich artystów drugiego dnia Juwenaliów na Muchowcu. Powodem był pokrywający się w czasie koncert Crystal Fighters (sprawdź relację). Pocieszam się faktem, że ST. James Hotel są z Katowic, więc złapać ich będzie raczej nietrudno, Czesława Śpiewa zaś widziałem już dwukrotnie i pewnie nie jeden raz zobaczę w niedalekiej przyszłości. Wpadłem w połowie występu Biff, zwariowanego zespołu pod wodzą Ani Brachaczek. Grupa ma na koncie tylko debiutancką płytę „Ano”, ale członkowie powinni być znani szerzej miłośnikom alternatywy z występów w Pogodno. O tym, jak pozytywnie zakręceni i jednocześnie zabawni są członkowie tej kapelki miałem okazję się przekonać na własnej skórze podczas wywiadu. Zwłaszcza Ania Brachaczek, która zagadywała między piosenkami publiczność, sypała anegdotami i historyjkami. Stwierdziła między innymi, że to w Chorzowie będzie mecz otwarcia na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej, ponieważ inne miasta się nie wyrobią. Spodobało się to publiczności, chociaż ta przyjęła ich występ ogólnie wręcz chłodno.

Kiedy Czesław Śpiewa wyszedł wesprzeć Biff na ostatni kawałek, „Moja dziewczyna”, rozległ się ogromy wrzask, zapewne głównie damskiej widowi, ale kiedy Adam Giza, który rozkręcał imprezę zapytał: Chcecie jeszcze Biff?, przeważające było głośnie: Nieeee!. Jeżeli to miał być żart, to chyba niezbyt śmieszny, natomiast jeśli publiczność zrobiła to celowo, to trochę wstyd. Szczerze nie do końca także rozumiem fenomen Czesława Mozila, aczkolwiek tłumaczę to sobie występem w „X-Faktorze”.

Na koniec zagrali Myslovitz, prezentując w sumie przegląd swojej twórczości, ze szczególnym naciskiem na płyty „Happiness Is Easy” i „Miłość w Czasach Popkultury”. Początek koncertu był dość drętwy, potem było lepiej, chociaż porywający występ na pewno nie był. Byłem w sumie pięć razy na Myslovitz, więc porównanie mam. Bardzo ładnie zabrzmiało „W deszczu maleńkich żółtych kwiatów” i rzadko przez zespół grane „Z twarzą Marylin Monroe”. Improwizacji było jak śniegu w maju, ale zdarzały się – jak nietypowe, gitarowe wariacje tuż przed „Chłopcy”, chóralnie odśpiewana „Długość dźwięku samotności” (Artur Rojek włączył się w trzeciej zwrotce). Niestety, jak dotąd nie miałem szczęścia usłyszeć na żywo „Książki z drogą w tytule”, mojego ulubionego utworu Myslovitz i nie stało się to na Muchowcu. Przeważał repertuar typu the best of, chociaż zespół zagrał dwie premierowe piosenki z nadchodzącej płyty: „Skaza” i „Blog filatelistów polskich”. Nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, podobnie jak wydany oficjalnie singiel „Ukryte”.

Nie zrobił także wrażenia ich juwenaliowy koncert, co potwierdza moje sugestie, że Myslovitz jest zespołem stricte klubowym. Raz, że w większości ich piosenki są trudne, dwa, że zespół nie ma absolutnie żadnego kontaktu z publiką. Zdawkowe „dzięki” to wszystko, co możemy usłyszeć od Rojka. W związku z powyższym, nie wszyscy czuli klimat, nie wszyscy się bawili. Oczywiście, były podniosłe momenty, jak chóralne śpiewy w „Długość dźwięku samotności”, ale generalnie koncert, obok muzycznej poprawności, był dość przeciętny. Czasem miałem wrażenie, że zespół odgrywa swoje, byle tylko zagrać. Myslovitz po prostu nie pasują na plenerowe imprezy. Organizatorzy zrobili jednak dobrą robotę, chroniąc publiczność przed dużymi opóźnieniami, wybierając dobrego konferansjera i dbając o sam dźwięk.

Dla miłośników większych wrażeń do dyspozycji był żuraw i platforma, z której można było skoczyć na bungee. Następne Juwenalia już za rok.










Marcin Bareła