18 listopada 2019

Jessica Pratt, 14.11.2019, XXVIII Festiwal Ars Cameralis


Co roku czekam z niecierpliwością na listopad, bo wtedy odbywa się w Katowicach szereg wydarzeń kulturalnych, których nie sposób odpuścić. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje w moim sercu festiwal Ars Cameralis, którego organizatorzy zapraszają od lat zarówno uznane nazwiska jak i wschodzące gwiazdy muzycznej alternatywy. W ubiegłym roku powalił mnie występ The Mountain Goats. W tym roku w wyjątkowo kobiecym zestawie sceny muzycznej festiwalu szczególnie ostrzę sobie zęby na Jessikę Pratt (14 listopada), Wayes Blood (19 listopada) oraz Jenny Hval (23 listopada). Tą ostatnią miałem okazję widzieć parę lat temu podczas Off Festivalu (edycja 2016) i nie można stwierdzić, że był to klasyczny koncert, więc określenie performance jest tu jak najbardziej na miejscu.

Z wyżej wymienionej trójki artystów na pierwszy ogień na scenie Kinoteatru Rialto pojawiła się Jessica Pratt opromieniona sławą tegorocznej płyty "Quiet Signs", którą już w momencie premiery okrzyknięto mianem jednej z najlepszych tegorocznych płyt w kategorii folkowego songwritingu. Jej niezwykle krótki album - zawierający zaledwie 28 minut premierowego materiału to oniryczna podróż w krainę łagodności. Rozmarzony głos Pratt stanowi tu spory atut i kieruje jej muzykę prosto w kierunku dream folku. Długość płyty przełożyła się bezpośrednio na długość występu. W ciągu niespełna godziny usłyszeliśmy przekrojowy materiał z trzech dotychczasowych wydawnictw Pratt z oczywistym wskazaniem na "Quiet Signs". Co ciekawe występ nie rozpoczął się od kołysanki "Opening Night" inspirowanej filmem Johna Cassavetesa pod tym samym tytułem, a jednym ze starszych nagrań. Introwertyczna, nieco speszona obecnością publiczności Pratt skupiała się wyłącznie na muzyce i nie wchodziła w bezpośredni dialog z publicznością. Proste zwroty - "thank you" czy "one more song" musiały nam wystarczyć. Oglądając ją na scenie miałem poczucie, że to ta sama nieco zagubiona dziewczyna co na płycie. Jej muzyczne widowisko złożone z cichych piosenek wymagających skupienia stanowiło zaprzeczenie motywu przewodniego 28. edycji festiwalu, jakim jest krzyk. W piosenkach Jessiki Pratt co najwyżej słyszymy niemy krzyk.

Wychodząc z koncertu czułem lekki niedosyt, bo było bardzo krótko i praktycznie bez kontaktu z publicznością, ale im więcej myślę o występie Pratt tym większym szacunkiem obdarzam artystkę, która na przekór modzie nie próbowała zaskarbić sobie sympatii publiczności. Muzycznie był to fenomenalny występ. Pomimo skromnego dwuosobowego składu muzyków udało się przenieść na scenę nagrania z tegorocznej płyty w pełnym kształcie. A nagrania z poprzednich brzmiały tak, jakby pochodziły z tego samego wydawnictwa, chociaż dobrze wiemy, że jest inaczej. Dziękuje artystce za zaproszenie do jej intymnego świata. I z wielką ekscytacją czekam na dwa kolejne koncerty z programu tegorocznego festiwalu Ars Cameralis, choć tych ciekawie zapowiadających się jest znacznie więcej.. Czytajcie uważnie program i wybierzcie coś dla siebie.


Tekst: Sławomir Kruk
Zdjęcia: Marcin Bareła


15 grudnia 2018

Recenzja: Jeff Tweedy - Warm


Nie mogłem przegapić nowego wydawnictwa jednego z moich pupili - Jeffa Tweedy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że płyta Warm to pierwszy autorski album muzyka znanego z Wilco. I - przekroczywszy pięćdziesiątkę w zeszłym roku - artysta uchyla nieco szerzej drzwi własnego ja, zostawiając słuchacza oszołomionego otwartością co poniektórych treści...



"I leave behind a trail o songs
From the darkest gloom to the brightest sun
I've lost my way but it's hard to say
What I've been through should matter to you"

To fragment tekstu do otwierającego Warm kawałka "Bombs Above". Jeżeli dałoby się ten album skompresować i skomentować w kilku zdaniach to właśnie te powyżej byłyby dobrym odnośnikiem. Tweedy to artysta największego kalibru ale też zwykły człowiek z ludzkimi słabościami. Uzależnienie od środków przeciwbólowych, ataki paniki, depresja wreszcie śmierć wracają jak jakaś obsesja i skłaniają do refleksji. Podobno przez sztukę się oczyszczamy a dodatkowo pięćdziesiątka, która niedawno stuknęła Amerykaninowi jest jak widać dobrym czasem żeby dokonać własnego katharsis...

Pamiętajmy że korzenie muzyka tkwią nadal w alternatywnym country i tak się w ten nurt wrosły, że trudno nie dosłuchać się wpływów protoplasty Wilco, zespołu Uncle Tupelo, od którego wszystko się zaczęło. Mamy więc w większości nieco ranczowe, czasem knajpiane klimaty, chociaż to tu to tam słychać wybitny talent muzyka do tworzenia przepięknych balladowych melodii, jak w "From far away", "I know what it's like"; a czasem przewija się lubiana przez artystę psychodelia. Wszystko spaja jedno słowo - minimalizm. W końcu Tweedy już nic nie musi i właściwie nawet gdyby zamilkł, to już jest i na zawsze będzie legendą amerykańskiej alternatywy.

Co najciekawsze - pomimo tych dosyć przygnębiających treści okładka płyty przedstawia postać z podniesionymi w geście zwycięstwa rękoma (Tweedy we własnej osobie?). To też daje dużo do myślenia. Mimo że na pierwszy rzut oka muzyk nie wygląda zbyt ciekawie - nieco otyły, zarośnięty i z mocno zniszczonymi włosami, jednak upływ lat dobrze robi Jeffowi i w moich oczach ten pozorny obraz jest jednak mocno mylący a w sercu artysta po latach tylko zyskuje...

Ocena: 8/10



Marcin Bareła

27 listopada 2018

Nils Frahm - NOSPR Katowice, 26 Listopada


Ubogi w doznania koncertowe w tym roku, wreszcie udało mi się na chwilę zapomnieć o sprawach codziennych, by raczyć się dokonaniami genialnego niemieckiego pianisty, kompozytora i poszukiwacza dźwięków - Nilsa Frahma. To, że Frahm porusza się po klawiaturze tak sprawnie, jak slalomowiec między tyczkami wiedziałem od dłuższego czasu, natomiast w poniedziałek, w Hali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, przekonałem się, że Frahm to również spec od dźwięków wszelakich...


NOSPR robi wrażenie już na wejściu

Koncert zaliczam do tych nietuzinkowych, chociaż miałem moment, że zastanawiałem się o co tutaj chodzi. Otóż Nils bardzo długo zwlekał z uruchomieniem swojego pozbawionego klapy fortepianu, przez połowę koncertu bawiąc się w podkręcanie podkładów i zabawy syntezatorami i tym samym wprowadzając iście transowy klimat. Przez chwilę nawet myślałem, że to tylko ozdoba i to będzie klubówka w stylu trans, bo można było poczuć się jak w berlińskich klubach za czasów młodego Bowiego. W pewnym momencie byłem wręcz zdenerwowany, ponieważ kojarzę Frahma jednak przede wszystkim jako pianistę. Wszystko zmieniło się z "Says", gdzie pulsująca elektronika kończy się wybuchem potężnego akordu fortepianu i na ten moment czekałem nie tylko ja, co potwierdziło poruszenie wśród publiczności. Nawet Frahm żartował przy zmienianiu podkładów do "Says", że publicznośc na ten utwór czeka i rozumie, że niektórzy mogą się już trochę denerwować, nadmieniając że "zdenerwowana publiczność jest najlepsza". Mnie też zatem na tym złapał i to skutecznie. Wcześniej chwilą ekstazy był "Hammers", który zabrzmiał doskonale. Ostatecznie muzyczny szczyt rozkoszy nastąpił wraz z "Familiar"...

Co by nie powiedzieć - Frahm genialnie łączy podkłady elektroniczne i dźwięki pianina i najwyraźniej nie przepada za odgrywaniem swoich kawałków, bo żaden nawet w połowie nie zabrzmiał w swojej pierwotnej wersji. Z reguły kończyło się improwizacją i powstawał zupełnie nowy utwór. A co jak co - improwizować Niemiec potrafi i przez chwilę zastanawiasz się, poprzez braki wyciszeń, co teraz jest grane - czy regularny kawałek - czy może całkiem nowy twór...Swoją drogą bardzo podzielam zdanie artysty, że obecnie muzyka jest przesadnie wygładzona, źle masterowana i przez to nudna. Dlatego Frahm łamie schematy, uderzając o szkielet fortepianu szczotką toaletową, filcując struny i umieszczając mikrofony tam, gdzie tylko jest to możliwe. Jak sam mówi, tworzy muzykę po to, aby ludzie zaczęli siebie słuchać...


Nils był pod dużym wrażeniem obiektu

Frahm pochwalił się skonstruowanymi przez siebie organami, które - jak to określił - brzmią bardzo dziecinnie i wesoło, ale i mszalnie. Warto dodać, że ostatni studyjny album "All Melody" nagrał we własnoręcznie zbudowanym studiu nagraniowym. Wspominał pierwszy koncert w Katowicach w 2014 roku (grał w Fabryce Porcelany) i śmiał się, że wtedy w podłodze były dziury i że dużo się zmieniło, jeśli chodzi o miejsce koncertu i że nie musimy się aż "tak starać". W jednej z przerw między utworami, kiedy musiał przygotować nowe podkłady stwierdził, że musi ponaciskać 12 guzików, ale że to "part of the job", więc momentami było wręcz kabaretowo.


Muzyk żegna publiczność

Podsumowując koncert świetny, zapadający w pamięć, chociaż momentami uważam że za długie improwizacje transowe zwyczajnie nużyły. Albo to ja źle się nastawiłem i okazałem za mało cierpliwości, ale pocieszam się, że nerwowa publiczność to najlepsza publiczność. I niech tak zostanie.

PS: zdjęć nie można było robić w trakcie koncertu, więc widzicie to co widzicie...


.

Marcin Bareła


19 listopada 2018

The Mountain Goats na Ars Cameralis 2018


Katowicki występ The Mountain Goats zagrany w trakcie XXVII edycji festiwalu Ars Cameralis w Kinoteatrze Rialto był szczególny z paru względów. Po pierwsze dla amerykańskiej grupy dowodzonej przez charyzmatycznego lidera Johna Darnielle'a odnoszącego ostatnio spore sukcesy na gruncie pisarskim (ma na koncie nominację do prestiżowej National Book Award za nie przetłumaczoną dotąd na język polski debiutancką powieść "Wolf in White Van") był to jedyny europejski koncert w tym roku...



Po drugie zespół wystąpił w dość nietypowym akustycznym zestawieniu jako duet. Liderowi i mózgowi "Górskich kozic" na scenie towarzyszył jedynie Matt Douglas odpowiedzialny w zespole za instrumenty dęte i klawisze. Przeglądając tegoroczne amerykańskie setlisty zauważyłem, że John i Matt regularnie grają takie akustyczne sety w trakcie pełnowymiarowych występów The Mountain Goats, ale niezwykle rzadko grają półtoragodzinne koncerty jedynie w takiej konfiguracji. Pomimo braku perkusisty i basisty trzeba przyznać, że występ "Górskich kozic" był niezwykle energetyczny. Przearanżowane piosenki z bogatej dyskografii zespołu liczącej sobie aż szesnaście studyjnych albumów zabrzmiały bardziej surowo i zadziornie niż w wersjach studyjnych. Szczególnym tego przykładem był choćby utwór "Unicorn Tolerance" z ubiegłorocznej plyty "Goths", który w tej koncertowej aranżacji zyskał nieco punkowy wymiar.


Setlista katowickiego koncertu była dosyć przekrojowa. Zawierała utwory z wszystkich etapów twórczości zespołu, którego jedyną stałą dominantą jest praktycznie tylko wokalista John Darnielle. Lider wspominał m.in. czasy swojej szkoły średniej, gdy chodził z dziewczyną, której rodzice byli Polakami. Stąd też występ przed polską publicznością miał dla niego wyjątkowy charakter, bo o Polsce dużo słyszał; znał też pojedyncze zwroty w naszym języku, którymi pochwalił się w trakcie występu, a jedyną dotąd okazją zagrania koncertu w naszym kraju był białostocki występ na Halfway Festival w 2012 roku. Podczas półtoragodzinnego koncertu usłyszeliśmy m.in. "No More Tears" z "Marsh Witch Visions" (EP, 2017), "Soft Targets" z "Bedside Recordings Vol. 1.2 (2003), "Wear Black", czy dwie piosenki z akustycznej epki poświęconej Ozziemu Osbournowi. Był też oczywiście największy hit zespołu "No Children" reprezentujący znacznie szerszy ciąg piosenek o charakterze rozwodowym zaśpiewany z niezwykłą furią w trakcie bisu. W czasie tego utworu John Darnielle zszedł z niewielkiej sceny i kolejne frazy wykrzykiwał do wybranych osób usytuowanych przy stolikach Kinoteatru Rialto. Mocno w tym aspekcie przypominał Matta Berningera z popularnej w naszym kraju grupy The National, dla którego marsz z mikrofonem między publicznością to chleb powszedni.


Muszę przyznać, że współpraca na scenie Johna Darnielle'a z Mattem Douglasem układała się wyśmienicie. Panowie rozumieli się praktycznie bez słów. Matt pokazał się jako niezwykle utalentowany multiinstrumentalista. Uzupełniał gitarę akustyczną i głos Johna pojedynczymi dźwiękami klawiszy, saksofonem, gitarą basową czy też pianinem. Dzięki czemu udało się zachować bogate aranżacje utworów pomimo skromnej - dwuosobowej reprezentacji zespołu na scenie. Chociaż do tej pory jakoś specjalnie nie wgłębiałem się w twórczość "Górskich kozic" to katowicki koncert sprawił mi dużą przyjemność i mocno wzbudził apetyt na lepsze poznanie muzyki tego zespołu. Jako, że ich dyskografia jest ogromna to z pewnością będę mieć co słuchać i nadrabiać do czasu kolejnego występu w naszym kraju. Oby nie za sześć kolejnych lat.

Sławomir Kruk

2 lipca 2018

13. Festiwal Tauron Nowa Muzyka Katowice - Dzień 2 (29.06. 2018)



13. edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka przeszła do historii. Powoli spływają zachwyty i rozczarowania na temat występów poszczególnych artystów z różnych stron. Mnie tegoroczny line-up festiwalu zachęcił jedynie do zakupu biletu jednodniowego, chociaż przyznaję, że przy większym zasobie portfela z przyjemnością wybrałbym się także na niedzielny koncert zamknięcia Samphy do NOSPR-u.

Z tegorocznej edycji festiwalu szczególnie zapamiętam parę rzeczy. Po pierwsze większość zaproszonych artystów maksymalnie wykorzystywała swój czas na scenie. Było też parę koncertów, gdzie wyraźnie nagięto grafik. Najlepszym przykładem niech będzie mocno wydłużony występ Jazz Bandu Młynarski - Masecki, gdy w tym samym czasie po sąsiedzku w najlepsze grała już Fever Ray. Katarzyna Nosowska także nie ograniczyła się jedynie do czasu podstawowego i po krótkiej przerwie wyszła na blisko 10-minutowy bis, który zobaczyła jedynie garstka osób. Reszta chyba nie spodziewała się, że będzie bis. Pozytywnie zaskoczył mnie także wysoki poziom polskich artystów, którzy często prezentowali się świetnie. Wspomniany wcześniej Jazz Band Młynarski - Masecki pokazał znakomitą formę. Duet Zimpel/Ziołek z gościnnym udziałem Huberta Zemlera to także klasa sama w sobie. Katarzyna Nosowska wraz z zespołem (trzech Michałów - Fox, Bunio i Malina) złapała zdecydowanie najlepszy kontakt z publicznością z polskich artystów. Wyraźnie odczuwalna była także niższa frekwencja na festiwalu niż w latach poprzednich - czyżby część potencjalnych uczestników wybrała koncert Państwa Carter na Stadionie Narodowym w Warszawie? Mniej osób między scenami i na terenie samej Strefy Kultury oznaczało jednak możliwość wyboru lepszego miejsca pod sceną bez zbędnego przepychania się. Największy tłum w piątkową noc zgromadziła zdecydowanie Fever Ray, ale mimo wszystko spokojnie dało się wbić pod największą scenę nawet w trakcie jej koncertu. Co było trudne na starcie występu Róisín Murphy rok temu.

Przechodząc jednak do meritum moja ścieżka muzyczna podczas krótkiego, zaledwie jednodniowego pobytu w Strefie Kultury na tegorocznej Nowej Muzyce wyglądała następująco.

Jordan Rakei

Całkiem przyjemny występ z okolic R&B i soulu podbitego nowoczesną elektroniką, ale nowozelandzki artysta nie wzniósł się niestety na poziom zbliżony do koncertu Rhye sprzed paru lat. Głos nieskazitelnie czysty, ale magii jakby nieco mniej.

Jazz Band Młynarski - Masecki

Świetny, żywiołowy występ. Jeśli spodobała się wam ubiegłoroczna płyta "Noc w wielkim mieście" nie moglibyście poczuć się zawiedzeni, bo na żywo Jazz Band zagrał ten materiał z tą samą - jeśli nie większą energią. Polskie piosenki sprzed prawie stu lat odkurzone przez Jana Młynarskiego i Marcina Maseckiego przeżywają swoją drugą młodość i zarazem pokazują, że warto czerpać z bogatej tradycji polskiej muzyki.


Fever Ray

Dla niej zdecydowałem się na zakup biletu jednodniowego i chociaż występ Fever Ray nie zapisze się w mojej pamięci jakoś szczególnie to nie żałuję podjętej decyzji. W ubiegłym roku na Nowej Muzyce bardzo rozczarował mnie występ Róisín Murphy, która głównie skupiała się na zmianie garderoby na scenie. W przypadku Fever Ray istniało prawdopodobieństwo, że może być podobnie, ale nic z tych rzeczy. Muzyka była jednak od początku do końca na pierwszym planie. Utwory z ubiegłorocznej płyty "Plunge" wypadły bardzo żywiołowo, ale atmosfera trochę siadała, gdy Karin Dreijer Andersson sięgała po znacznie spokojniejsze nagrania z jej solowego debiutu sprzed 9-lat (np. "Keep the Streets Empty For Me"). W moim mocno subiektywnym odczuciu te dwa albumy zestawione obok siebie nie współgrają ze sobą należycie. "Plunge" bowiem jest płytą zdecydowanie szybszą i z większym zastrzykiem energii niż jej mroczny debiut. Koncert Fever Ray okraszony był wyrazistą scenografią oraz elementami performance.

Abul Mogard & Marja de Sanctis

Długie, ambientowe granie dobre do usypiania, ale Serbski artysta wyszedł stosunkowo wcześnie na scenę, bo tuż po 22. Jednak przeskok muzyczny między nim, a grającymi wcześniej Jazz Bandem i Fever Ray był dla mnie tak ogromny i trudny do przestawienia się, że ostatecznie wytrzymałem ledwie pół godziny.

The Dumplings

Zgromadzili największe tłumy w amfiteatrze NOSPR-u tego dnia, ale to zrozumiałe. Zespół wciąż poszerza grono swoich fanów. Szczerze mówiąc nie miałem w planie po raz kolejny zaglądać na ich koncert, ale akurat przechodziłem obok. Czekając na wejście do sali kameralnej NOSPR-u na Zimpla/Ziołka wysłuchałem 15-minutowego fragmentu występu i muszę przyznać, że wypadli jak zwykle bardzo profesjonalnie pomimo znacznego spadku temperatury na zewnątrz.

Zimpel/Ziołek

Ominąłem ich występ podczas Off Festivalu i dopiero teraz udało mi się nadrobić tę zaległość. Był to koncert wyjątkowy z paru względów. Po pierwsze długie, rozbudowane kompozycje duetu znakomicie wypadły w świetnie brzmiącej sali kameralnej NOSPR-u. Zagrali w ciągu godziny zaledwie trzy kompozycje, ale każda z nich to muzyczna podróż najwyższej próby. Świetnie uzupełniały się gitara akustyczna, z saksofonem, fletami i niewielkich rozmiarów keyboardem. Nad całością od czasu do czasu panował głos Jakuba Ziołka za sprawą, którego najbliżej tej propozycji do jego Starej Rzeki. Warto nadmienić, że zagrali część materiału w poszerzonym składzie. Bowiem podczas trzeciego utworu dołączył do nich niespodziewanie Hubert Zemler, który stopniowo przejmował kontrolę nad perkusją. Był to jeden z najlepszych polskich występów tego dnia na festiwalu.

Kandy Guira

Muzyka afrykańskich korzeni. Silny głos pochodzącej z Burkina Faso wokalistki to z pewnością największy atut jej składu. Ubrana w kolorowy strój (dominowała czerwień) złapała bardzo szybko dobry kontakt z publiką mimo posługiwania się głównie językiem francuskim. Zabawnie wypadały zwłaszcza próby tłumaczenia jej słów na angielski przez jednego z gitarzystów. Żywy, energetyczny występ zarówno do tańca jak i tupania nóżką.

Nosowska

Fajny występ z uroczą jak zwykle konferansjerką. Katarzyna Nosowska grała głównie materiał z nowej płyty zapowiadanej na jesień 2018. Było oczywiście singlowe "Ja pas!" zagrane nawet dwukrotnie (po raz drugi na zakończenie bisu), ale również pozostałe nowe piosenki wypadły przekonująco. Zapowiada się płyta ze sporą dawką mocnych beatów i potężnego basu. Bliżej nieokreślony utwór o skutkach surowego wychowania z refrenem o laniu i wyborze pasa wypadł nad wyraz obiecująco, ale największym zaskoczeniem tego koncertu było z pewnością zagranie coveru "Hey Boy Hey Girl" z repertuaru The Chemical Brothers. Z ostatniego dotąd albumu Nosowskiej "8" poleciały m.in. "Nomada" i "Polska". Pani Katarzyna jak zwykle w dobrej dyspozycji wokalnej i z pełną garścią przemyśleń i anegdot między kolejnymi utworami. Jak przyznała zwykle śpi w porze tego koncertu (wyszła na scenę tuż po 1 w nocy), ale nie było czuć zmęczenia z jej strony.

James Holden & The Animal Spirits feat. Lucy Suggate

Miła niespodzianka. Muzyka przestrzenna ładnie oprawiona wizualizacjami oraz występem tancerki na scenie. Tak może brzmieć muzyka elektroniczna niedalekiej przyszłości, to był dla mnie taki dosyć niespodziewany odlot.

Występy DJ-a Stingraya i Global Diggers widziałem tylko w niewielkich fragmentach, więc się nie będę wypowiadać, choć zaznaczę, że to raczej nie moje klimaty. Z tego też powodu szybko zdezerterowałem i zebrałem się po 3.40 do domu.

Ominąłem powszechnie chwalone występy 47soul i Mura Masa. O przeniesieniu koncertu Kid Simus z soboty na piątek dowiedziałem się już po fakcie - nie sprawdzałem niestety strony internetowej i facebooka festiwalu w trakcie imprezy. Tyle wrażeń na teraz, było jak zwykle różnorodnie i eklektycznie, sporo w tym roku przewijało się jazzowego instrumentarium u różnych artystów. Kolejne wrażenia muzyczne być może za rok, a tymczasem sezon letnich festiwali muzycznych w Polsce można oficjalnie uznać za otwarty.

Sławomir Kruk

26 czerwca 2017

Reni Jusis - Kontenery Kultury Park Śląski 24.06.2017



Do Parku Śląskiego powróciły po raz kolejny Kontenery Kultury z bardzo ciekawym zestawem koncertów. Tego lata na wyspie na Kanale Regatowym usłyszymy m.in. Domowe Melodie, Paulinę Przybysz, Buslava, Piotra Ziołę, Coals i wielu innych. Podczas pierwszego koncertu tydzień temu zagrała grupa Fair Weather Friends, ale nie miała szczęścia do pogody. Dla Reni Jusis i licznie zgromadzonej w Parku Śląskim publiczności aura okazała się znacznie łaskawsza. Jej występ odbywał w komfortowych warunkach do słuchania muzyki.

Reni Jusis od ubiegłego roku intensywnie promuje swój siódmy album studyjny "Bang" stanowiący jej powrót do brzmień elektronicznych. Za sprawą przebojowych melodii i połamanych beatów skomponowanych przez Stendeka, M. Bunio.S (Dick4Dick) oraz Jakuba Karasia (The Dumplings) rozgrzała już niejeden parkiet. W Parku Śląskim było podobnie, choć impreza rozkręciła się na dobrą sprawę dopiero w trzech - czterech ostatnich numerach. Krótki, bo zaledwie godzinny występ artystki zdominował repertuar z "Bang". Jusis rozpoczęła od otwierającego płytę utworu "Zostaw wiadomość" i praktycznie potem zagrała cały album z pominięciem jedynie melorecytowanego "Biletu wstępu". Innych utworów spoza tej płyty było bardzo niewiele. Usłyszeliśmy jedynie "Kiedyś Cię znajdę" i "Ostatni raz (Nim zniknę)" z "Trans misji" (2003) oraz "Jakby przez sen (Nigdy ciebie nie zapomnę)" z "Elektreniki" (2001).



Reni Jusis ubranej w letnią sukienkę w kolorowe pasy towarzyszyli na scenie Stendek obsługujący zestawy klawiszowe oraz Jacek Prościński grający na perkusji. Ten skromny, trzyosobowy skład w zupełności wystarczył, aby z pełną mocą oddać studyjne brzmienie ostatniej płyty artystki. Przy takim układzie muzyków szczególnie zyskały te starsze kompozycje, które pojawiły się pod koniec setu. Doprowadziły one do tego, że część ludzi wstała z wygodnych leżaków i zaczęła ruszać się pod sceną. Na bis Jusis zaśpiewała po raz drugi "Zombi świat", czyli smutną diagnozę naszych czasów podaną w przebojowym sosie. Ta piosenka miała spore zadatki na stanie się radiowym hitem, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów rozgłośnie w kraju nie eksponowały jej należycie w eterze i trafiła do raczej wąskiego grona odbiorców.

Bardzo fajnie, że taka inicjatywa jak Kontenery Kultury powraca także w tym roku z bogatą ofertą muzyczną. Park Śląski to bowiem piękne miejsce na mapie naszego regionu, które może przyciągać nie tylko oazą zieleni w centrum aglomeracji, ale także dobrą polską muzyką graną na żywo.






Sławomir Kruk


26 marca 2017

Relacja: Voo Voo w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, 24.03



Po raz pierwszy miałem przyjemność wysłuchać Voo Voo na żywo, a biorąc pod uwagę, że zespół istnieje ponad 30 lat, sporo koncertów musiało wybrzmieć zanim wreszcie udało mi się uczestniczyć w jednym z nich. Voo Voo koncertem w Dąbrowie Górniczej oficjalnie rozpoczęli trasę promującą ich najnowszy, znakomity zresztą album "7". Wojciecha Waglewskiego darzę szczególną sympatią za sprawą nie tylko ocierającej się o poezję muzyki, ale równie mocno za nietuzinkową osobowość. Jedną z moich ulubionych audycji Radiowej Trójki jest "Magiel Wagli" - autorska audycja Wojciecha i jego syna Bartosza, tworzącego jako Fisz, gdzie można usłyszeć eklektyczną mieszankę rdzennego folku, ambientu, muzyki świata, czasem rocka.


Na koncert w Dąbrowie pojechałem z zamiarem przysłuchania się, jak na żywo brzmią utwory z "7" i nie myliłem się - Voo Voo zagrali cały materiał z płyty i to "po Bożemu" jak to określił pan Wojciech - czyli od "Środy" do "Wtorku", wzorem oficjalnego wydawnictwa. Po Bożemu nie było natomiast w aranżacjach live, bowiem pierwotne 50 minut muzyki "7" zespół rozciągnął do aż 74 minut. Długie improwizacje towarzyszyły przede wszystkim utworom "Sobota" i "Wtorek". Zwłaszcza ten drugi utwór zapisał się w mojej pamięci jako kulminacja wieczoru i chwila muzycznego uniesienia, która mogłaby dla mnie trwać w nieskończoność. Zespół stworzył przez moment klimat absolutnie wyjątkowy, chociaż napędem całej maszynerii był dla mnie Mateusz Pospieszalski, który ze swoimi instrumentami dmuchanymi szalał jak jakiś maniak w zakładzie dla szaleńców. Mateusz przyćmił tym koncertem nawet Wojciecha Waglewskiego, chociaż początkowo musiał szukać gubiony co chwila mikrofon do saksofonu...


Początki nie były łatwe dla całego zespołu, wydawało się, że Wojciech nie może się wstrzelić z gitarą w podkłady (swoją drogą zadziwiła mnie ich ilość); ciągle majstrował coś przy pedałach, a wspomnianemu Mateuszowi również coś nie pasowało przy dęciakach. W moim odczuciu przełomem był utwór "Niedziela", kiedy części naoliwionej uprzednio maszynerii wreszcie się dotarły. Na utworach z "7" się nie zakończyło; zespół zagrał także m.in. kultowy "Nim stanie się tak" w wersji pierwotnej (ożywiło to znacznie publiczność), fantastyczną "Flotę zjednoczonych sił", a na sam koniec swoisty hymn "Gdybym". Tak zakończył się ten koncert który ruszył niemrawo, ale rozkręcił się i zakończył z przytupem. Szacunek dla artystów, którzy mimo zmęczenia wyszli do publiczności, rozdając autografy. Jedynym zdziwieniem był całkowity zakaz robienia zdjęć, co mocno mnie rozbawiło. Rzeczywiście, kilka kiepskich fotek na telefon byłoby profanacją Pałacu Kultury Zagłębia (skądinąd świetnej sali koncertowej), albo policzkiem dla zespołu Voo Voo? Wątpię...


Marcin Bareła

2 marca 2017

Natalia Grosiak - Wywiad



Przed Wami obiecana rozmowa z Natalią Grosiak, nagrana tuż przed występem w klubie Muzyczna Meta w Częstochowie 24 lutego. Przeczytacie między innymi o pozascenicznym życiu muzyka, o tym jak "rozpuszczona" jest Natalia i o długo oczekiwanej solowej płycie artystki...

NATALIA GROSIAK: NAM NAJBARDZIEJ ZALEŻY NA PUBLICZNOŚCI

Marcin Bareła: Jak się ma zespół Mikromusic?

Natalia Grosiak: Dobrze, dziękujemy.

MB: Nadal cieszycie się własnym towarzystwem?

N.G.: Mnie jest dobrze z chłopakami z Mikromusic i każda podróż na koncert jest dla mnie miłą odskocznią od dnia codziennego.


M.B.: Gracie w różnych konfiguracjach – jako trio, z orkiestrą i po prostu Mikromusic. Macie ulubioną formę kontaktu z publicznością?

N.G: Ostatnio poprosiłam mojego menedżera, żeby zorganizował nam więcej koncertów jako trio, ponieważ tęsknie do grania akustycznego i bardzo tę formę występów lubię. Z drugiej strony, jak gramy z orkiestrą, to wiem, że także będę tęsknić za tamtym brzmieniem. Każda z tych kombinacji jest jedyna w swoim rodzaju i każdą lubimy.

M.B: Jest to też różnie odbieranie przez publiczność. Taki koncert jak dziś to możliwość złapania lepszego kontaktu z publicznością?

N.G: Wydaje mi się, że publiczności jest obojętne w jakim składzie gramy. Teraz gramy z triem koncerty stojące i ludzie bawią się jak na pełnym składzie – tańczą, śpiewają. Ważne żebym była ja i żeby były grane te, a nie inne piosenki.

M.B: Jak wy sobie radzicie z ciągłymi podróżami, zmianą miejsc noclegowych. Czy można tę rutynę okiełznać czy trzeba się tego cały czas uczyć?

N.G: Schemat jest zawsze ten sam. Podróż trwa kilka godzin, na miejscu trzeba się rozpakować, następnie jest próba, pół godziny na pomalowanie się i dobór ubioru. Potem jest występ, następnie spotkanie z publicznością, podpisywanie płyt. Potem się pakujemy, jedziemy do hotelu. Wchodzimy do pokoju, który z reguły wygląda podobnie, śniadanie jest przeważnie to samo. Później znowu wsiadasz do busa i jedziesz. Wbrew pozorom jest to bardzo ciężka, żmudna i schematyczna praca. Tylko to wejście na scenę i spotkanie z publicznością jest naprawdę wspaniałe, ale cała ta otoczka jest nieciekawa. Ale wybrałam taki zawód, więc nie narzekam.

M.B: To teraz o muzyce...Od czasu albumu „Piękny Koniec” rozpoczęliście etap twórczości egzystencjalno - filozoficznej. To wynikło z sumy waszych doświadczeń, a może stało się kwestią impulsu, spontanicznie?

N.G: Artysta dojrzewa razem ze swoją twórczością. Ja się cieszę, że to się wszystko zmienia, że nie zostałam na etapie sprzed dziesięciu lat, śpiewając „ja kocham a ty mnie nie i płaczę z tego powodu”. Dojrzewanie postępuje razem z artystą, dlatego śpiewam teraz o swojej kobiecości, że jestem matką, o tym że boje się, bo będąc matką patrzę na świat i zastanawiam się, na jaki świat sprowadziłam dzieci i generalnie zastanawiam się nad kondycją świata.


M.B: Czy jest możliwa jednoznaczna odpowiedź na pytanie po co ja tu jestem?

N.G: Nie jest – można powiedzieć, że to tylko diabeł wie. Wie to tylko ktoś, kto nas stworzył. Pytanie, kto nas stworzył – czy jesteśmy rzuceni na ten świat, czy stworzył nas określony stwórca? Ale szczerze mówiąc, od kiedy zostałam rodzicem, dowiedziałam się po co tutaj jestem – dla moich dzieci.

M.B: Natalio brałaś udział w projekcie - płycie „Historie”. Jakie to było dla ciebie wydarzenie.

N.G: Bardzo wzruszające, bo materia była bardzo wdzięczna mówiąc w cudzysłowie. Ta płyta powstała w ciągu miesiąca. Nawet nie wiedziałam, w co się pakuję. Wiedziałam, że będą 4 piosenki, ale nie zdawałam sobie sprawy, że nagramy płytę. Początkowo miał być jeden koncert, a było kilka. Powstała piękna płyta o ludziach, którzy przeżyli wojnę, byli cywilami albo brali udział w Powstaniu Warszawskim, ale opowiedzieliśmy ich historie już po okresie wojny. I nie są to radosne historie – nie czekała ich piękna polska, ciągle poszukiwali swojego miejsca, przeżyli rozczarowanie, biedę, problemy. Niestety, to wszystko wielu ludzi czekało po wojnie. Nie opowiedzieliśmy o bohaterach wojennych, którzy walczyli i zostali pokryci glorią i chwałą. To jest historia zwykłych ludzi.


M.B: „Historie” to płyta o przeszłości w teraźniejszości. Utwór „Danusia” jest kapitalnym przykładem tego, że mamy teoretycznie wolność...

N.G: A wszyscy są źli na siebie i kipią złością...

M.B: A wtedy potrafiliśmy się pięknie jednoczyć...Bardzo mnie ta historia wzruszyła.

N.G: Ja słuchałam głosu pani Danusi, która opowiadała ze szczerym wzruszeniem, jak to wtedy było naprawdę wspaniale, jak w biedzie i niedostatku ludzie się jednoczyli i w obliczu zagrożenia ciągle sobie pomagali. Minęły te czasy, Danusia jest w nowej Warszawie i czuje się totalnie samotna, ponieważ ta dawna solidarność gdzieś się rozmyła. Każdy jest dla siebie a później nastaje wrogość. Mieszkamy w jednym państwie, podzieliliśmy się na dwa obozy i zamiast szanować swoją odmienność i żyć z tym obok siebie i szanować się, nie robimy tego. Ja sama jestem ateistką i przyjaźnie się z ludźmi głęboko wierzącymi, aczkolwiek mimo że mam problemy z różnymi atrybutami kultu religijnego, zostawiam to dla siebie i nie wyśmiewam tego, a osoby z którymi się przyjaźnię nie wchodzą w mój świat ateizmu. Po prostu omijamy pewne kwestie i żyjemy w zgodzie i tego życzyłabym naszej Polsce - żeby ten kraj jednoczył się w naszej odmienności i żebyśmy szanowali się wzajemnie.

M.B: Faktycznie, nawet w medialnych wiadomościach na dalszy plan schodzą sprawy ważne na rzecz jałowych, często jednostkowych sporów.

N.G: Media przestały być rzetelne w momencie kiedy zaczęły sprzedawać się skandale. Wiadomo, że dobre wiadomości nie sprzedadzą się, więc media podsycają strach, panikę i oburzenie – wtedy jest więcej oglądalności, więcej kliknięć i to daje więcej pieniędzy i uważam, że to jest bardzo złe.

M.B: Wróćmy do Mikromusic. Mimo, że przybywa wam słuchaczy, ciągle jesteście jednym z bardziej niedocenionych zespołów. Jest w was jeszcze głód zaistnienia czy polegacie na muzyce, która sama się obroni, tu przykład „Takiego Chłopaka”, utworu, który zaistniał bez większej promocji.

N.G: Wiesz co, obecna nasza sytuacja jest naprawdę dobra, doszliśmy do takiego punktu do jakiego chcieliśmy dojść...


M.B: A może ja przesadzam, może jesteście jednak doceniani?

N.G: Nam przede wszystkim zależy na publiczności, żebyśmy mieli wierną publiczność i tak jest. Może nie mamy spektakularnych sold-outów, ale jednak utrzymuje się pewien poziom publiczności i ci ludzie są super.

M.B: Zdarzają się wyprzedane sale.

N.G; Tak. Regularnie gramy, utrzymujemy się z muzyki i myślę że to jest sukces, i wydaje mi się, że jedyne co nam pozostało to być wiernym sobie, nagrywać piosenki, dbać o poziom przekazu naszych myśli, muzyki i w tym trwać. Ja nie mam super ambicji, żeby mieć więcej i więcej. Mam filozofię żeby cieszyć się tym, co jest teraz, nie żyć przeszłością i przyszłością i tak właśnie jest.

M.B: Jakie macie plany na ten rok?

N.G: Powoli z Dawidem tworzymy piosenki na nową płytę, ale to dopiero za rok. Tymczasem ja przygotowuję swoją płytę solową, którą produkuje dla mnie Piotr Pluta, nasz nagłośnieniowiec, świetny, wrażliwy muzyk. Ale nie chcę jeszcze więcej zdradzać, bo nie będą to moje autorskie piosenki. Przygotowujemy coś eksperymentalnego i chcę, aby na koncertach te piosenki grało Mikromusic. Za miesiąc prawdopodobnie ukaże się singiel zapowiadający solową płytę, a na jesień ruszę w Polskę już jako Grosiak.

M.B: Nie zwalniacie tempa ani trochę.

N.G: No wiesz, to umiem robić i to robię, ale myślę że kiedyś zrobię sobie rok przerwy...

M.B: Czyli macierzyństwo Ci nie przeszkadza?

N.G: No nie, ale jestem szczerze bardzo zmęczona (śmiech).

M.B: Czego Mikromusic można życzyć na najbliższy czas?

N.G: Chcielibyśmy grać w super nowych, świeżych salach koncertowych (długi śmiech).

M.B: Nie ma tutaj dla nikogo żadnej złośliwości (śmiech).

N.G: Wiesz co, my jesteśmy już trochę rozpuszczeni. Bo jak wchodzimy do Starego Maneżu w Gdańsku – pięknej nowej sali, ze wspaniałymi nowymi garderobami, gdzie wszyscy są zadowoleni to chcemy tylko w takich miejscach grać. Na szczęście w Polsce powstaje coraz więcej takich sal gdzie wszystko dobrze brzmi, są wygodne garderoby, jest ciepło i wchodzisz tam i czujesz się cudownie, grasz koncert i ludzie są zadowoleni. Chciałabym, żeby w Polsce funkcjonowały tylko takie sale koncertowe. Jestem już rozpuszczona, bo jeszcze parę lat temu graliśmy w małych klubach i spaliśmy w hostelach. I dlatego wszystkim artystom jeżdżącym po naszym kraju życzę autostrad i pięknych sal koncertowych.


25 lutego 2017

Fotorelacja: Mikromusic w Muzyczna Meta, 24.02



Po raz pierwszy odwiedziłem maleńki klub Muzyczna Meta na Jasnogórskiej, by po raz drugi w życiu posłuchać mój ukochany Mikromusic. Zespół gra w kilku konfiguracjach, w Muzycznej Mecie wystąpili jako trio w składzie: Natalia Grosiak, Robert Szydło i Dawid Korbaczyński. Akustyczny występ w Częstochowie był znakomitą okazją do sprawdzenia jak bogate z reguły aranżacyjnie utwory Mikromusic brzmią w wersji mocno minimalistycznej: głos, gitara i bas (plus okazjonalnie ukulele).


Faktycznie, takie kawałki jak "Lato 1996" czy zagrany na bis "Kardamon i Pieprz" nabierają akustycznie kompletnie nowego wymiaru, a i mój ulubiony, drapieżny "Sopot" nic nie traci w wersji zaiste kołysankowej. Siłą Mikromusic są sami muzycy i zjawiskowa Natalia Grosiak, którzy występ na scenie traktują także jako możliwość wspólnej improwizacji, stąd poszczególne kawałki często mocno różnią się tempem i tonacją od oryginałów. Co oczywiste, najwięcej utworów usłyszeliśmy z płyty Matka i Żony, z Pięknego Końca artyści zaprezentowali "Pod Włos", "Za Mało", "Sopot" i "Takiego Chłopaka" z Sovy wybrzmiały "Oczko", "Niemiłość" i "Jesień", a z Sennika "Kardamon i Pieprz".


Muzycy skutecznie przełamali lody już na początku, zachęcając publiczność do podejścia pod barierki, a Natalia Grosiak mówiła między piosenkami między innymi o miłości: "Czym jest dla mnie miłość? Po pierwsze totalną akceptacją i z drugiej strony brakiem oczekiwań wobec drugiej osoby. Gdy pojawiają się oczekiwania wtedy kończy się miłość". W tym kontekście Natalia wspomniała swojego męża, który bez żadnych oporów akceptował kilkaset psów, które przewinęły się przez dom artystki (Natalia bierze udział w licznych kampaniach dotyczących praw zwierząt).


Było także o pewnym konkursie we Wrocławiu. Trzeba było zaprezentować piosenkę o mieście i ponieważ zespół przedstawił nieco krytyczny utwór "Pod Włos", ów konkurs wygrała, wywodząca się podobnie jak Mikromusic z Wrocławia, Marcelina. "Lubimy się do dziś" - żartowała Natalia Grosiak. Koncert zakończył szalony jam towarzyszący pieśni "Kardamon i Pieprz", chociaż najlepszym momentem wieczoru było dla mnie wspólne odśpiewanie refrenu i fragmenty zwrotki "Niemiłości". Brawa dla Częstochowy!


PS: Już niebawem wywiad z Natalią Grosiak!
Zobacz wywiad z Mikromusic z 2013 roku: klikając tutaj
Wysłuchał: Marcin Bareła

19 lutego 2017

Recenzja: Smolik, Grosiak, Miuosh - Historie



W 2016 roku miała miejsce 72 rocznica Powstania Warszawskiego, z tej okazji Muzeum Powstania Warszawskiego zleciło nagranie albumu, prezentującego wspomnienia czterech Powstańców: Pani Aliny Augustowskiej-Mrozowskiej, Pani Ireny Łoś, Pani Danuty Szlajmer oraz Pana Henryka Stefana Kaweckiego. Płyta, zatytułowana "Historie" to kompilacja wypowiedzi archiwalnych ww. Powstańców, zilustrowana i niejako skomentowana muzycznymi opowieściami autorstwa Andrzeja Smolika (muzyka), Natalii Grosiak i Miuosha (teksty). Ten niezwykły koncept-album do moich rąk trafił dopiero teraz.


Historie to jeden z bardziej poruszających albumów, jakie słyszałem. Tragiczne wydarzenie 1944 roku świetnie sprawdzają się w surowych, głębokich i wciągających pejzażach Smolika, a z pozoru sprzeczne głosy Natalii Grosiak (Natalia brzmi świetnie zawsze) i rapera Miuosha uzupełniają się idealnie. Szczerze powiem, że jest to otwarty i niedopowiedziany album i Smolik mógłby zapewne przy śniadaniu napisać jeszcze wiele podobnych opowieści, tworząc kontynuacje "Historii".

Płyty nawiązujące do powstania to u nas nic nowego. W 2005 roku Lao Che wydał „Powstanie Warszawskie”. Maleo Reggae Rockers wraz z wokalistkami nagrał płytę „Panny Wyklęte”, Armia z kolei „Warszawskie Dzieci”, a raperzy z Hemp Grup „63 dni chwały”. Doszło do tego, że nawet Szwedzi z zespołu Sabaton nagrali piosenkę „Uprising”. A jak powstały "Historie"? Dobór zaprezentowanych materiałów archiwalnych pochodzi z Archiwum Historii Mówionej. Są tam tysiące podobnych opowieści, dokonano więc ostrej selekcji poprzez żmudne przesłuchiwanie nagrań, ostatecznie wybrano cztery. To nie Smolik dokonał wyboru, ale Natalia Grosiak i Miuosh. Wokaliści mieli w ten sposób wczuć się w role, poczuć emocjonalną więź z losami postaci, o których opowiadają.


To jedna z tych płyt, gdzie słowo jest ważniejsze od muzyki, chociaż ta wcale nie odstaje poziomem. Fantastyczne akordy pianina autorstwa samego Smolika, gdzieniegdzie puzon Dariusza Plichty i wiolonczela Jana Stokłosy. Dodajmy oniryczny, przenoszący skutecznie w tamte czasy głos Natalii Grosiak oraz pewny rap Miuosha (Miłosza Boryckiego) i znakomitą produkcję - mamy płytę idealną, jakkolwiek może bardzo elitarną, ale wysmakowaną i przygotowaną niczym najpiękniejszy prezent gwiazdkowy. Trudno wybrać jedną, wyróżniającą się opowieść - wszystkie są arcyciekawe i wzruszające. To nie jest tylko płyta do słuchania - to płyta mająca skłonić do głębokiej refleksji. Bo samo Powstanie nie jest tutaj meritum - teksty opowiadają o tym, co to wydarzenie i sama wojna zostawiły i jakie były, a właściwie są tego dziś konsekwencje.

Mnie mocno poruszyła wypowiedź pani Danuty:
"Och, jaka była więź międzyludzka, jak każdy drugiemu pomagał, uprzedzał - UWAGA ŁAPANKA! - wie pan, tego dzisiaj nie ma i tego mi brak...". Po czym następuje dobitna cisza. Sugestywnie tę wypowiedź interpretuje w ostatnim utworze, "Danusia" Natalia Grosiak:

Jestem Tu
Lecz serce zostawiłam
W tamtej Warszawie

Ciało moje tutaj
Zegar stanął
W tamtej Warszawie

Szczerze kochałam
W najgorszych czasach
I przyjaciół w biedzie
Najlepszych miałam

Jestem tu
Lecz serce zostawiłam
W tamtej Warszawie

W dobrobycie
Moja Polsko
Bracia, siostry
Kipią złością...

Znakomity komentarz do słów Pani Danuty i do tego, co dziś dzieje się w naszym kraju i niestety niezbyt optymistyczne podsumowanie stanu naszego kraju. Uważam, że jest to przepiękna, wartościowa płyta znakomicie oddająca ducha czasu. Historie z jednej strony opisują przeszłość, ale z drugiej wykraczają daleko poza ramy roku 1944. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników historii.

Ocena: 10/10
Marcin Bareła

Posłuchaj:




3 lutego 2017

Recenzja: The XX - I See You


Po nieco przedłużonej przerwie na naszym blogu, pora przedstawić kolejną, trzecią już pozycję w skromnym jeszcze katalogu brytyjskiej grupy The XX - "I See You". Płyta powstawała w ciągu przeszło dwóch lat na kilku różnych przestrzeniach (m.in. Islandia, Stany Zjednoczone).

The XX mogą już śmiało zostać wpisani w listę artystów, których płyty można kupować w ciemno. "I See You" proponuje 10 kompozycji, ale są tu piosenki bardziej rozbudowane aranżacyjne i wokalnie w porównaniu do dwóch pierwszych propozycji Londyńczyków. Na uwagę zasługuje nie tylko znakomita praca przy konsolecie Jamiego Smitha, ale może i przede wszystkim znaczny progres wokaliz duetu Sim - Madley Croft. W "Say Something Loving" i "On Hold" zachwyca głos Olivera Sima, którego głęboka barwa jeszcze nie brzmiała tak melodyjnie i - co pocieszające może mniej introwertycznie. Sim i Romy Madley Croft tworzą dziś jeden z ciekawszych duetów wokalnych, w którym pozorny dysonans barw tworzy istotnie mistyczną wręcz mieszankę (i jest dziś znakiem firmowym zespołu).

Nietrudno, już po pierwszym przesłuchaniu zorientować się, że brzmienie The XX "złagodniało", nie tracąc nic ze swoich zanurzonych w mrocznych latach 80. korzeni, jednak wyraźnie nie jest już tak surowe i depresyjne. Śmiało można przypisać tej płycie etykietę "przebojowej", lecz będzie to dla zespołu który jest grupą dobrych przyjaciół, krzywdzące. Niemniej jednak piosenki "I Dare You", "Replica" czy singlowe "On Hold" także te bardziej komercyjne stacje radiowe powinny przyjąć raczej serdecznie, a może i pojawią się na co lepszych imprezach... Znacznie cieplej jest także w warstwie słownej, chociaż ciężko mówić też o euforii. Całość utrzymana jest w duchu zderzenia świata własnego, wewnętrznego i obcego, zewnętrznego. Niby jest spore otwarcie, ale jednak rany przeszłości nadal utrzymują pewien dystans.

Po przejściach i różnych perturbacjach w zespole (Romy straciła ojca a Oliver Sim przez jakiś czas miał problem z alkoholem) The XX przedstawiają płytę, którą powinni zyskać kolejne rzesze wielbicieli. Chwała artystom za nieodcięcie się od korzeni w połączeniu z otworzeniem się na nowe brzmienia.

Ocena: 8/10

Marcin Bareła

Posłuchaj:




15 listopada 2016

Recenzja: Nick Cave and The Bad Seeds - Skeleton Tree


Nick Cave to jedna z tych postaci, która nie pozostawia odbiorcę obojętnym. Fascynuje, urzeka i prowokuje, jest uwielbiany ale i ma grono "hejterów". Mnie latami zajęło dać się "uwieść", ale w końcu uległem i musiałem uznać wielkość i geniusz tego niepokornego artysty, od zawsze stojącego na granicy ciemnej strony. Wystarczy bowiem spojrzeć na kreowany przez lata image i wsłuchać się w teksty - Nickowi daleko w nich do grzecznego kompozytora sypiącego płatki kwiatów, jego twórczość dotyka szerokiego spektrum ludzkiej egzystencji, od dylematów wiary po seks i zło.

Okoliczności powstawania płyty "Skeleton Tree" są nader dramatyczne, (syn Cave'a, Arthur zginął tragicznie spadając z klifu w Brighton) chociaż błędne są opisy, wedle których album miał powstać pod wpływem tych wydarzeń. Śmierć Arthura miała miejsce w lipcu 2015, a pierwsze sesje nagraniowe do "Skeleton Tree" rozpoczęły się jeszcze w 2014 roku. Tak naprawdę album był już niemal na ukończeniu, kiedy doszło do tej tragedii, dlatego zmodyfikowano niektóre teksty i nagrano całość wokaliz. Albumowi towarzyszy film "One More Time With Feeling", będący zapisem procesu twórczego i komentarzem do wydarzeń w Brighton. Zainteresowanie także w naszym kraju jest ogromne, dlatego ponowna projekcja będzie miała miejsce w grudniu.

Cave na "Skeleton Tree" wspina się na absolutne wyżyny swoich kompozytorskich umiejętności. Przyjęcie albumu było wręcz euforyczne, krytycy nie żałowali pochwał i ciepłych słów pisząc o najbardziej osobistym, szczerym albumie artysty. Płyta odchodzi od typowego podziału na zwrotki i refren, piosenki jak "Girl in Amber" czy "I Need You" wydają się rozmywać rytmicznie i mamy wrażenie że Nick Cave i Warren Ellis (współproducent albumu) wręcz ze sobą nie współpracują. Cave ze swoim bólem rozprawia się z klasą - nie zagrzebuje słuchacza w wielkim lamencie, ale z pokorą i w swoistym mistycyzmie oddaje swój duchowy stan, wgłębiając się w rodzaj osobistej medytacji. Przepięknie robi to między innymi w "Distant Sky", tworząc z boską Else Torp duet wymarzony.

Nick Cave, oprócz szczerego współczucia wzbudził we mnie dodatkowy szacunek za stworzenie, w jednej z najtrudniejszych chwil w życiu, prawdziwego arcydzieła, płyty której słucha się z zapartym tchem i która zostawia słuchacza w niedowierzaniu, że można jeszcze komponować tak dobre tak równe i zarazem tak emocjonalnie głębokie utwory.

Ocena: 10/10

Marcin Bareła

Posłuchaj:





11 listopada 2016

Sturle Dagsland, Katowice 10.11.2016



Wtorkowym koncertem Julii Holter organizatorzy Ars Cameralis Festival wysoko zawiesili poprzeczkę kolejnym artystom z programu muzycznego imprezy. Tymczasem szerzej nieznany Norweg bez oficjalnego wydawnictwa płytowego, który swoje pierwsze zarejestrowane nagrania sprzedawał po katowickim koncercie na pendrivie najprawdopodobniej okaże się odkryciem tej edycji festiwalu.

Sturle Dagsland to niezwykle oryginalny artysta, który póki co zyskuje rozgłos za sprawą fenomenalnych występów na żywo łączących w sobie dziki, nieposkromiony performance z typowym koncertem muzycznym. Na scenie Sturle występuje wraz z bratem Sjurem, który pomaga mu obsługiwać część instrumentów. A trzeba przyznać, że jak na występ zaledwie dwóch muzyków liczba zgromadzonych na scenie instrumentów była ogromna. Punkt wyjścia stanowiły gitary akustyczne oraz zestawy klawiszowe, ale nie sposób zapomnieć o wszelkiej maści perkusjonaliach, których wpływ był widoczny gołym okiem. To głównie za ich sprawą oraz nietypowej zabawy głosem występ Norwega zamienił się w odprawienie guseł - plemiennego obrzędu mającego na celu wywołanie duchów ze zgromadzonego na scenie sprzętu.

Audytorium Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej na czas 65-minutowego występu szalonego Norwega tonęło w odcieniach barw i świateł. W tym czasie na scenie działy się nieprawdopodobne rzeczy. Sturle nie tylko grał na instrumentach (poza wspomnianymi też na akordeonie), śpiewał, melorecytował, ale także stepował i kopał w furii talerze od perkusji. Ponadto w trakcie dwóch utworów zeskoczył ze sceny i miotał się w szale wśród publiczności. Pod koniec koncertu jeden z talerzy od perkusji poleciał nawet w kierunku osób siedzących w pierwszym rzędzie. Największą radość sprawiało mu chyba jednak wymienianie kolejnych nie do powtórzenia tytułów piosenek co kwitował charakterystycznym piskiem zachwytu.



Jego występ był przemyślanym od początku do końca widowiskiem, które jednocześnie stało na bardzo wysokim poziomie artystycznym. Dzikość sceniczna artysty uzupełniała niepokojącą warstwę muzyczną. Coś pierwotnego było już w samych zachowaniach na scenie m.in. piciu ogromnych haustów wody, syceniu się owocami w przerwach między utworami. Sturle zrzucał z siebie do pewnego czasu też kolejne warstwy ubrań. Muszę przyznać, że w wykonaniu scenicznym jest on żywiołem nie do zatrzymania, a w przyszłości może stać się norweskim dobrem narodowym, jak swego czasu Bjork i Sigur Ros dla niewielkiej Islandii. Jednocześnie zastanawiam się, czy zarejestrowana w studiu płyta jest w stanie w ogóle oddać atmosferę koncertu. Będzie to trudne wyzwanie i być może dlatego Sturle zwleka z jej rejestracją pomimo sporego materiału i paroletniego doświadczenia scenicznego.

Dotychczas norweską scenę muzyczną kojarzyłem głównie z zespołem Flunk, Toddem Terje, Susanne Sundfør i Jenny Hval. Teraz za sprawą festiwalu Ars Cameralis będę mieć w pamięci także Sturle Dagslanda, który być może wkrótce będzie tak samo rozpoznawalny co wyżej wymienieni.





Tekst i zdjęcia: Sławomir Kruk

9 listopada 2016

Julia Holter, Muza Sosnowiec 8.11.2016



Jubileuszowa XXV edycja festiwalu Ars Cameralis pod względem programu i formuły stanowi potwierdzenie dotychczasowej marki i interdyscyplinarnego charakteru imprezy. Mnie od dawna przyciągały na festiwal przede wszystkim starannie wybrane koncerty. To tutaj np. dwukrotnie zachwyciłem się występami duńskiego Efterklang, rozmarzyłem przy Tindersticks, Vashti Bunyan i I Am Kloot oraz poczułem na własnej skórze dźwięki amerykańskiego pogranicza za sprawą fenomenalnego koncertu Calexico. Generalnie mógłbym tak jeszcze wymieniać dosyć długo, a jestem święcie przekonany, że tegoroczny program przyniesie także wiele emocji i wrażeń, które będą wspominane po latach. Pierwszy argument mamy zresztą za sobą.

Festiwal Ars Cameralis wyróżniają starannie wybrane lokalizacje koncertów. Występ Julii Holter odbył się w nieco zapomnianej sali koncertowej Muza w Sosnowcu, która odzyskuje dawny blask po niedawnym remoncie. To miejsce dotychczas kojarzyło mi się głównie z salą kinową prężnie działającą w czasach mojego dzieciństwa. To tutaj w czasie ferii zimowych spędzanych u babci zdarzało mi się czasem wpadać do kina. A teraz po latach wróciłem na koncert wschodzącej gwiazdy amerykańskiej alternatywy. Julia Holter, choć jeszcze nie zyskała szerokiej grupy fanów jest artystką niezwykle cenioną w branży muzycznej i od krytyków muzycznych od samego początku może liczyć na zauważenie w podsumowaniach roku. Jej ubiegłoroczny album "Have you in my Wilderness" okazał się zasłużenie największym sukcesem w karierze i potwierdził, że Holter ma także spory talent do pisania przebojowych piosenek (Everytime Boots, Sea Calls Me Home).

Amerykańska artystka w udzielonych przed festiwalem wywiadach zapowiadała, że możemy spodziewać się przekrojowego setu zawierającego nagrania z jej wszystkich płyt i to się rzeczywiście potwierdziło. Swój krótki, zaledwie 70-minutowy występ rozpoczęła od "So Lillies" z debiutanckiego krążka "Tragedy" (2011). A potem były także wybrane kompozycje z trzech pozostałych albumów z oczywistą przewagą ostatniej płyty. Z mojej ulubionej "Ekstasis" (2012) zaprezentowała jedynie "Fur Felix" oraz "In the Same Room". Piosenki Julii Holter prezentowane na żywo za sprawą mocno rozbudowanego instrumentarium (zestawy klawiszowe, kontrabas, saksofon, skrzypce, perkusja, a nawet dudy (?)) tworzą niezwykle organiczną całość. Przy czym nie ma tu za bardzo miejsca na szalone improwizacje poszczególnych muzyków. Bowiem najważniejszym instrumentem w tym zestawie pozostaje mocny, przejmujący głos Holter, który moim zdaniem najlepiej wypadł w tych dłuższych, bardziej rozbudowanych strukturalnie kompozycjach typu "Betsy on the Roof" oraz "Vasquez".

Był to mój drugi koncert Julii Holter w przeciągu trzech lat. Poprzednim razem widziałem ją w warunkach festiwalowych na katowickim Off Festival-u, gdzie w 2013 roku prezentowała głównie materiał z drugiej płyty. W porównaniu z tamtym namiotowym występem było widać znacznie większy luz w jej poczynaniach na scenie. I pewnie to nie tylko sprawka powoli sączonej lampki wina, ale przede wszystkim sporego obycia i doświadczenia scenicznego. Julia potrafiła wzbudzić aplauz publiczności już samym niekontrolowanym wydaniem dźwięku tuż przed rozpoczęciem kolejnego utworu. W jednej z krótkich przerw po szeptanej podpowiedzi saksofonisty podziękowała za ciepłe przyjęcie po polsku oraz wspomniała, że jej pierwszy koncert poza USA odbył się właśnie w naszym kraju (Warszawa) i zawsze jest tu bardzo ciepło przyjmowana. Trudno się dziwić, że Polska pokochała Julię, bo dziewczyna ma spory dar do budowania nastroju podczas swoich występów. Do czego z pewnością przyczynił się także siedziany układ sali w Sosnowcu. Jednocześnie Holter pozostawia słuchacza ze sporym niedosytem ze względu na dość krótką setlistę, która nie jest w stanie nasycić wytrawnego odbiorcę. Tym zabiegiem sprawia, że od razu ma się ochotę planować kolejny wyjazd, aby zaspokoić głód muzycznych uniesień. A mam szczerą nadzieję, że takie okazje się pojawią w ciągu najbliższego roku, bądź lat.

Przy okazji warto wspomnieć, że sporym atutem tak kameralnych koncertów jak ten wczorajszy jest możliwość nawiązania bezpośredniego kontaktu z artystą. Julia Holter kilkanaście minut po zakończeniu występu wyszła do fanów. Bardzo chętnie rozdawała autografy, podpisywała płyty i pozowała do wspólnych zdjęć.





Tekst i zdjęcia: Sławomir Kruk

12 września 2016

Elektryczne Gitary - Dni Kapusty Charsznica 2016


Na Elektryczne Gitary wybierałem się latami i w końcu udało się zespół dorwać, przy okazji Dni Kapusty 2016 w miejscowości Miechów - Charsznica. E.G. to ten zespół, który przywołuje wspomnienia fantastycznych lat 90. i pierwszych muzycznych doznań, kiedy rządziły kasety magnetofonowe. To wtedy, w roku 92 namiętnie słuchałem "Wielkiej Radości", którą to zapisaną właśnie na wspomnianą taśmę magnetofonową pożyczałem od siostry. Po latach do twórczości Elektrycznych Gitar wracałem kilkukrotnie, odkrywając kolejne płyty jak "Huśtawki" czy "A Ty Co"...

W 2016 roku, co ze wstydem przyznaję, w końcu udało mi się dotrzeć na koncert E.G. i tego wyjazdu nie żałuję. Był to koncert który ja nazwałbym - profesjonalne jaja. Bo faktycznie Jakub Sienkiewicz, Piotr Łojek, Tomasz Grochowalski, Aleksander Korecki, Jacek Wąsowski, Leon Paduch łączą całkiem dojrzałe granie z farsą, dlatego ich koncert w Charsznicy momentami przypominał kabareton. Zresztą, sam Kuba Sienkiewicz wspominał kilka lat temu, że podczas koncertu stara się stworzyć karykaturę samego siebie, co doskonale mu wychodzi. Większość piosenek śpiewa w kompletnie innych tonacjach, po drodze łamiąc schemat zwrotek i rymów. Są utwory recytowane albo wykrzyczane w bardzo autoironiczny sposób. W piosence "Włosy" mamy zmianę tekstu "Przyszedł Wacek, co to teraz będzie, długie włosy ma normalnie wszędzie...Przyszła Ziuta, chyba zaraz wyjdzie, ona długich włosów nie ma chyba nigdzie..." Kilka kawałków zaskakuje rozbudowanymi aranżacjami jak "Żądze" czy "Dzieci". W Charsznicy w pewnym momencie na scenie wylądowało kilka głąbów kapuścianych, a artyści nałożyli po liściu na głowy.

Elektryczne Gitary wydały dosłownie w czerwcu tego roku płytę "Czasowniki", ale w Charsznicy skupili się na znanych kawałkach, z czego główną reprezentantką wieczoru była kultowa dziś płyta "Wielka Radość" z 1992 roku. Nie dziwi mnie to - publiczność na tego typu imprezach nie będzie wsłuchiwała się w nieznane kawałki, ale oczekuje się rozerwać i posłuchać "Kilera" albo "Co ty tutaj robisz". Ja należę właśnie do tej grupy i cieszy mnie, że mogłem posłuchać w sumie także moich ulubionych utworów, jak "Wytrąciłaś", "Nie pij Piotrek" czy "Huśtawki". W odświeżonych wersjach bardzo fajnie zabrzmiały między innymi "Włosy" "Głowy Lenina" czy "Żądze". Na bis wybrzmiały wspaniałe, pocieszające "Huśtawki", ale i po tej piosence publiczność nie chciała wypuścić Elektrycznych Gitar ze sceny. Całość zakończył widowiskowy pokaz sztucznych ogni.

Mnie pozostaje życzyć Elektrycznym Gitarom równie dobrej formy koncertowej w następnych latach. Na dniach kapusty poczucia humoru muzykom nie brakowało, a poszczególne solówki instrumentalne wychodziły każdemu kapitalnie. Były to naprawdę profesjonalne jaja - z przymrużeniem oka ale na poziomie i z szacunkiem dla słuchacza. Dziękuję Wam za ten koncert.




Marcin Bareła
Zdjęcia: Sławomir Kruk

5 września 2016

Dawid Podsiadło - Park Hallera w Dąbrowie Górniczej, 03 września


Nigdy nie śledziłem kariery Dawida Podsiadło tak, jak śledzę losy muzyczne Natalii Grosiak czy Artura Rojka. Dawid jest jednakowoż artystą, który niezwykle umiejętnie połączył z reguły przyjemne, ale gdzieniegdzie także wymagające granie. Nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć artystę na żywo w ramach Festiwalu Ludzi Aktywnych w Dąbrowie Górniczej na koncercie darmowym. Po odsłuchu całości ze smutkiem przyznałem, że byłem na jednym z najsłabszych koncertów w swoim życiu. Po artystach widać było brak zaangażowania i pasji, dlatego wyglądało i brzmiało to tak, jakby każdy obraził się na swój instrument, chociaż występ uratował Olek Świerkot, ze swoimi kapitalnymi partiami Telecastera. Sam Dawid Podsiadło także dawał radę, chociaż nie udało mu się ukryć wyczerpania trasą, a jego przerywniki słowne między utworami były tak nieudolne, że aż śmieszne. Nie wiem, na ile to specjalny zabieg, a na ile brak pomysłu na to co powiedzieć za chwilę; generalnie teksty w stylu: "Mieliśmy nieprzyjemne zdarzenie pod Piotrkowem Trybunalskim, ale nie będę wchodził w szczegóły, to było dosyć przykre, a mamy się tutaj bawić" trąciły kiczem. Koncert momentami ożywał za sprawą takich hitów, jak "Pastempomat" czy "Trójkąty i kwadraty", ale już "Nieznajomy" wypadł blado jak topniejący śnieg a takich momentów było więcej. Sprawę pogrzebała awaria na kablach, kiedy zespół zmuszony był na chwilę zejść ze sceny. 1/3 widowni opuściła teren przed sceną, a zespół Dawida Podsiadło po powrocie już resztami sił jakoś doczłapał do końca występu, nawet nie wychodząc na bis. Na plus należy zaliczyć znakomite nagłośnienie poszczególnych instrumentów, które razem współbrzmiały kapitalnie. Szkoda tych problemów technicznych, bo nie można odmówić muzykom kunsztu grania. Generalnie był to dosyć dziwny koncert, liczę na kolejne koncerty Dawida i spółki w mam nadzieję pełnej formie wykonawczej.

Marcin Bareła

19 sierpnia 2016

Pustki - wywiad


W ramach post scriptum do relacji z koncertu Pustek w Chorzowie (15 lipca), przedstawiam wywiad z Barbarą Wrońską i Radosławem Łukasiewiczem. Przeczytacie między innymi o inspiracjach artystycznych, festiwalu w Opolu i graniu razem przez 15 lat...

Czy Pustki można jeszcze nazywać zespołem gitarowym po studyjnej płycie "Safari"?

Radek Łukasiewicz: Ja czuję nawrót gitar, bo wcześniej z gitarą się obraziłem ale od pół roku, kiedy kupiłem sobie gitarę, na której dziś grałem (gitara basowa Rickenbacker - przyp. aut.), to aranżacje piosenek stały się bardziej gitarowe. I niewykluczone, że na następnej płycie będzie nawrót gitarowych brzmień.

Gitara basowa w Pustkach nie brzmiała nigdy wcześniej tak soczyście, jak obecnie. Na "Safari" to brzmienie jest wprost fenomemalnie. Co jest tego powodem?

R. Ł. Zawsze zmiana ręki powoduje inne brzmienie. Ja wcześniej grałem na gitarze głównie, a Safari to pierwsza płyta na zagrana basie, gitarzysta który pierwszy raz bierze bas zawsze gra inaczej niż rasowi, długoletni basiści.

Jesteście oficjalnie triem, ale na koncercie gracie jako kwartet.

R.Ł. Skład płytowy to trio, ale skład koncertowy uzupełnia Marcin Staniszewski... Gra na saksofonie, klawiszach.

Nie było by możliwości grania na żywo bez Marcina. Materiał z "Safari" na to nie pozwala?

R. Ł. Materiał na "Safari" wymagał podejścia kwartetowego, bo aranżacje w studiu były bardziej rozbuchane, niż nam się wydawało. Marcin pomaga nam ten materiał wykonywać na żywo.

Basiu, jak godzisz wychowanie syna z graniem. Czy jest to trudne?

Basia Wrońska: Jest, ale z tego żyję, to jest mój zawód...

Zabierasz dziecko ze sobą w trasy?

B. W.: Nie, staram się nie zabierać, bo on potrzebuje własnego rytmu i świata, który sobie układa...

R. Ł.: Zresztą rynsztok to nie jest miejsce dla dziecka...


B. W.: Warunki na koncercie są różne. Wolę jak zostaje w domu, gdzie wszystko jest na miejscu. Nie widzi ciemniejszych stron grania, całego trudu koncertowego. Ale generalnie interesuje się tym co robię, wypytuje mnie o wszystko i muszę przyznać, że jest coraz trudniej im jest starszy.

A mówią, że z wiekiem jest łatwiej, przynajmniej mnie tak mówią...

B. W.: Nie, właśnie gdy był mniejszy i miał mniejszą świadomość to mniej to przeżywał, a teraz zaczyna rozumieć wszystko - wie, że wyjeżdzam i na ile i bywa, że ciężko mu się z tym pogodzić.

Pamiętam nasze spotkanie w 2008 roku, wtedy mówiliście o trudniej sytuacji finansowej w zespole. Czy dziś utrzymujecie się z tego co robicie w pełni?


B. W.: Muzyka to nasz jedyny sposób zarobkowania, Staramy się grać koncerty i z tego żyć z różnym skutkiem. Ale na pewno jest dużo lepiej niż w 2008.

R. Ł.: Ja na przykład miałem pracę w 2008 a teraz już nie. Wszyscy żyjemy tylko z muzyki, oczywiście nie tylko realizując się w Pustkach.

Ty Radku jesteś bardzo zapracowanym i znakomitym zresztą tekściarzem, słyszałem porównania Ciebie do Kasi Nosowskiej. Jak to odbierasz?

R. Ł.: To jest oczywiście bardzo miłe. Kaśka jest autorką tesktów z tak ogromnym dorobkiem, że porównania do niej to jest zaszczyt. Staram się to co robię robić najlepiej.

Jak piszesz i o czym piszesz? Co Cię inspiruje? Życie, miłość, byle co - coś wpadnie do głowy i to zapisujesz...

R. Ł.: To jest jakiś moment, który się zdarza. Jadąc na przykład na rowerze wymyślam sobie dwie linijki i je zapisuję bez piosenki, a potem się okazuje że pasują do niej, rozbudowuje to. Nie ma zasady. W Pustkach zaczyna się najczęściej od melodii i do tejże zapisuje się tekst. Tak jest zresztą w większości przypadków. Zaczyna się od emocji w utworze i przelewa się to na papier. Trzeba siedzieć i pisać, robić tego dużo, to jest raczej żmudna praca. Czasami napisanie czegoś zajmuje chwilę a czasem miesiąc, czasami "wchodzi" pierwsza wersja a czasami czwarta. Ja najczęściej piszę dla innych - to jest też jakaś próba porozumienia z drugą osobą, żeby ktoś to poczuł, żeby to było jego, kompatybilne z daną osobowością i z piosenką, więc jest to próba ułożenia układanki z wszystkich elementów.

Ale Ty Basiu też piszesz teksty...

B. W.: Głównie Radek, chociaż czasami jakiś pomysł wychodzi ode mnie - intuicyjnie wyrażam o czym chciałabym zaśpiewać, co w danym wersie pasuje. Bardzo dużo rozmawiamy o tekstach i się inspirujemy nawzajem...


Słyszałem że podróże to też Wasza silna inspiracja, zwłaszcza Radka

R. Ł.: Najwięcej inspiracji czerpie się z codzienności - z czynności i relacji z którymi obcuje się na co dzień. Zwyczajnie najwięcej się o tym myśli. Ja piszę najczęściej o relacjach ludzkich - bo to jest coś, z czym się człowiek boksuje na co dzień. Inni piszą o imprezach bo to jest ich codzienność, ale nie my.

Jeszcze wrócę do byłego basisty Pustek, Szymona Tarkowsiego. Czy odejście Szymona wpłynęło na egzotyczne brzmienie Safari, czy Wy i tak nagralibyście płytę w tych klimatach bez względu na okoliczności?

B. W.: Pół na pół myślę. Jeszcze jak rozmawialiśmy z Szymonem o nagraniu nowej płyty wszyscy się zgodziliśmy, że chcemy coś zmienić. Ale nie chodziło o to, że Radek przestanie grać na gitarze. Nastąpiło więcej zmian aranżacyjnych i nawet brzmienie Grześka Śluza jest inne na Safari.

Wy nie lubicie tkwić w jednym brzmieniu najwyraźniej....

B. W.: Na to wychodzi. Lubimy żeby muzyka podążała za nami jako za ludźmi. My jako ludzie po dwóch latach nie jesteśmy tacy sami. Coś nowego się przeżywa i na nowo nas buduje i podobnie jest z muzyką w naszym przypadku, co jest naszą zaletą i wadą, bo ciężko się do nas przyzwyczaić.

Dla mnie zaletą...

B. W.: Opinie się podzielone..

R. Ł.: Głosy były typu: - "Koniec Kryzysu", "Kalambury" - świetne brzmienie a potem znowu zmieniliście, następnie dwa utwory na "Wydawało się" jeszcze inne. Nie mamy takiego balastu, że jeżeli się kompletnie zmienimy, to nasza następna płyta będzie platynowa. Bo artyści, którzy zdobywają złoto, platynę nie chcą zawieść swoich fanów, którzy są przyzwyczajeni do danego oblicza, to lubią i tego chcą. Tak ma wiele zespołów. A my mamy tak, że przy naszych przemianach słuchacze się do tego już przyzwyczaili i nie mamy aż tak dużo do stracenia, czyli pieniędzy i poziomu życia. Bo jeśli ktoś sprzedaje platynowe płyty to przyzwyczaja się do pewnego poziomu zarobków i życia, i nadal myśli o zapewnieniu swojej przyszłości przez utrzymanie stanu rzeczy. My nie mamy aż tak dużo do stracenia, bo nauczyliśmy się funkcjonować w inny sposób, może ze szkodą dla naszych finansów domowych...

Ale przynajmniej artystycznie pozostajecie z czystym sumieniem..

R. Ł.: Dokładnie. Teraz gramy już próby do nowej płyty, i stajemy przed pytaniami: co mamy zagrać, jak zagrać i jak to powiedzieć, to już powiedzieliśmy tamto zagraliśmy, tego nie chcemy. Więc decydujemy, co będzie adekwatne dla nas, jako ludzi w tym momencie.

Słyszałem, że ludzie nadal mówią o was jako "debiutanci".

R. Ł.: Dlatego wydaliśmy płytę, podsumowującą 15 lecie działalności (śmiech).

To też, ale byliście na festiwalu w Opolu. To był moim zdaniem dobry ruch bo jednak wielu ludzi się o was dowiedziało. Jaka jest wasza opinia na temat tego typu wydarzeń?

B. W.: To był główny cel, żeby się pokazać jeszcze innemu odbiorcy niż ten koncertowy. Tym bardziej że piosenka "O krok" ma ogromny potencjał. Dodatkowo, panuje opinia środowiskowa, że Pustki są takim trudnym jazzowym zespołem, to tu była szansa zaprezentowania piosenki fajnej, lekkiej, która może trafić dalej do publiczności.

R. Ł.: Występowaliśmy między Wilkami a Edytą Bartosiewicz, więc tuzami sceny popularnej.

B. W.: Trafiła się okazja - dobra róbmy to - może się ta okazja już nie zdarzyć. Jest to znamienne, że w ogóle muzyka alternatywna zaczyna wkraczać w mainstream, robi się taki dobry bałagan. Nie wiadomo już, gdzie jest ta granica, ale jest to efektem trudnej sytuacji na rynku. Nie ma wyjścia - wejdziesz, albo zrezygnujesz i nie przetrwasz.

A was mainstream kusi?

B. W.: No zagraniem w Opolu to już jedną nogą stanęliśmy w tym mainstreamie.

A nagranie przychylnej szerszej publiczności, wygładzonej płyty? Jest to możliwe?

B. W.: Kiedy o tej nowej płycie gadamy, to nie zanosi się na to. Mamy dosyć ambitne plany (śmiech).

R. Ł.: Nie jesteśmy takimi ludźmi. Obecnie piosenka "O krok" to jest taki maks wyjścia do ludzi, takiego podania ludziom emocji, które zrozumieją. Ja nie czuje się na siłach, żeby napisać coś co będzie bardziej zrozumiałe, albo stworzyć nutę pod nóżkę. Dziś "O krok" jest topem naszej popowości.

Dużo macie piosenek na nową płytę?


R. Ł.: Pomysłów jest sporo. Myślimy całościowo o atmosferze tej płyty. Jakie utwory wybrać, które z pomysłów pasują do tego co mamy...

Może jakieś kołysanki dla syna Basi?

B. W.: To jest zawsze taka rzecz, którą można zrobić i przyznam, że płyta dla dzieci chodzi mi po głowie. Ja po prostu wiedziałabym, co z tym zrobić od razu. Bo Pustki są obecnie na etapie szukania, zastanawiania sie co przekazać. Jest to przyjemny ale i frustrujący czas. Bo mamy świetną piosenkę, która świetnie brzmi i nie wiemy ja ją zagrać. Myślimy - co tu robić i szukamy klucza. Jesteśmy właśnie w tym momencie.

I to widać też na koncertach, bo lubicie improwizować i bawić się własnymi utworami. Ale jak to się przekłada na pracę w studiu? Potraficie godzinami próbować dany kawałek?

B. W.: My strasznie długo gramy i na koncercie improwizacja jest naszym sposobem komunikowania się i sprawa nam to dużo radości. W studiu bywa różnie. Safari było szkielotowo ogarnięte i potem było dużo postprodukcji. Ale "Koniec Kryzysu" i "Kalambury" były już zagrane z marszu.

R. Ł.: "Safari" było naszą najdroższą płytą produkcyjnie. Wydajemy płyty sami, przy udziale naszego pośrednika, Agory.

Jak waszym zdaniem zmienił sie rynek muzyczny w Polsce na przełomie tych 15 lat działalności Pustek?

R. Ł.: Myślę że zespoły brzmią coraz lepiej. Obecnie liczy się element produkcji koncertowej. Dziś musi być pomysł brzmieniowy, realizator który zna materiał. Zespoły już na poziomie debiutu dbają o to, żeby dobrze brzmieć ze sceny. 15 lat temu tego nie było, wszystko było dużo bardziej garażowe i nieokrzesane. Zobaczmy zespół Hey - 15 lat temu to był zupełnie inny zespół...
Dziś zespoły które grają brudno są lepiej do tego przygotowane. Dbają o to, żeby grać na dobrych instrumentach, piecach. 15 lat temu liczył się warsztat pojedynczego muzyka. Dziś są grupy, które brzmią razem. Zespół Spoken Love wydaje debiutancką płytę, a ja idę na koncert i to brzmi, jakby mieli ze cztery płyty. Wiadomo, to są doświadczeni muzycy, ale to wszystko jest niezwykle dopracowane. Muzyka okołopopowa brzmi dużo lepiej niż kiedyś.


Brzmi jak pogrzeb rockowego sznytu.

R. Ł.: Oglądasz Jacka White w nowej odsłonie i to jest na maksa wyprodukowane jako koncert. Ma wszystko dopracowane. Jack White już nie wychodzi z gitarą żeby tylko zagrać. Nawet tak rootsowy rock jest dziś podany z jakimś pomysłem. Kogo dziś interesuje że zespół wyjdzie i tylko zagra?

Szacunek dla słuchacza?

R. Ł.: Też, ale i konkurencja na rynku to wymusza.

B. W.: A nasz rynek jest bardzo mały. Można powiedzieć, że to Rynek Lidla. Jedni nie mogą wydać płyty bo akurat inni to robią. Ja się zgadzam z tym co powiedział Radek, bo faktem jest że dziś muzycy nie są istotni, tylko brzmienie. Kunszt muzyka jako zawodowca przechodzi do lamusa. Dziś nie potrzeba być dobrym muzykiem, wystarczy mieć show, znać się na komputerze i dobrze brzmieć.

To jest dobre dla kogoś, kto nie lubi grać.

B. W.: Tak a z drugiej strony daje szansę wszystkim którzy czują, że chcieliby coś zrobić i mają takową szansę.

Czego Pustkom należy życzyć na najbliższy czas?


R. Ł.: Zdrowia psychicznego i fizycznego. To jest zawsze w cenie. Trudno dziś nie zwariować i ja bym sobie życzył nie zwariować.

B. W.: A ja chciałabym, żebyśmy mieli dużo powodów do radości z grania razem, bo to jest siła napędowa naszych działań.


A wy potraficie się cieszyć nadal sobą po tych 15 latach?

R. Ł.: Jest radość ale to jest zupełnie inny poziom. Dziś się cieszymy z wizji utworu, który powinien zabrzmieć tak albo inaczej. Zupełnie inny poziom radości.


B. W.: Dziś musimy stymulować naszą radość. Na klimat w zespole wpływa przerwa, jak się parę dni nie widzimy. Ale z drugiej strony, gdy mamy jakieś kłopoty albo problemy to do siebie lgniemy.


Można się przyzwyczaić do lat tras i ustawicznego grania?

B. W.: Odczuwam, że to momentami wymaga sporego poświęcenia.

R. Ł.: Wyjazdy nie są łatwe, ale są momenty na koncertach, że mi całe życie przed oczami staje. Dziś przy "Tyle z życia" po prostu odleciałem. To są takie momenty nie do przecenienia i wtedy wiem, że dobrze w życiu wybrałem.


Jeszcze jak jakiś krytyk dobrze napisze, w tym ja...

B. W.: Trzymamy cię za słowo (śmiech)

R. Ł.: Dobre opinie krytyków są fajne, ale jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Dla nas najważniejsi są ludzie, którzy do nas przychodzą, piszą maile o tym że jakaś piosenka im ratuje życie - to jest coś.



Rozmawiał: Marcin Bareła